Wyobraź sobie, że masz wolne w pracy. Albo odwołali Ci zajęcia na uczelni. Albo przypadkiem jest jakiś strajk. Generalnie wiesz, że tego dnia będziesz mieć wolne. I planujesz go co do minuty. Bo przecież wolne trzeba godnie wykorzystać. Ustalasz ze wszystkimi domownikami, czy mają jakieś plany i wciskasz wszystkie swoje widzimisie gdzieś pomiędzy. Wstajesz rano w perfekcyjnym humorze. Już zacierasz ręce na myśl o produktywnym dniu pełnym przyjemności. I nagle słyszysz:

- Chodźmy do kina, za pół godziny mamy autobus.

A Ty w proszku. Za pół godziny masz zacząć robić naleśniki na pysznie niezdrowe drugie śniadanie. Albo chcesz po prostu usiąść na tyłku i włączyć konsolę. Myślisz sobie, że lepiej będzie wybrać się na wieczorny seans.

- Nie. Będę pisać pracę wtedy.

Więc rzucasz wszystko, co tak szczegółowo planowałeś przez ostatnie dni. Bo ktoś tak chce. A Ty nie wiesz, jak się odmawia bez podania przyczyny.

* * *

Tydzień później masz roboty pod sam zycher. Na pewno nie skończysz przed północą. W międzyczasie wpadają jakieś zapchajdziury. Bo kurier. Bo pizza przyjechała. Bo gdzie moja niebieska czapka, kochanie. Bo tam nie ma. O, faktycznie, jednak jest. W końcu bierzesz się za wszystkie swoje sprawy, ale kątem ucha słyszysz, że messenger piszczy. Raz, drugi i trzeci.

- Hej, weź mi to pomóż przetłumaczyć. Ty umiesz w niemiecki. Bo mam na jutro.

Bez względu na poziom zaawansowania językowego, tłumaczenie ściany tekstu zajmie przynajmniej godzinę. A na pewno więcej niż pół. Jeśli się zgodzisz, prawdopodobnie posiedzisz do późna i tak naprawdę nie będzie Ci się opłacało kłaść do łóżka. Ale przecież nie odmówisz. Przecież ktoś Ci bliski jest w potrzebie.

- Jasne, wyślij.

I zauważ – padło „weź to zrób”, a nie „czy możesz”. W tej sytuacji odmowa nawet nie jest jedną z opcji. Nie ma więcej, niż jednej opcji. Jak zrób, to zrób.

* * *

To, co teraz czytasz może być dla Ciebie przerysowane albo brzmieć banalnie, jak jakieś problemy pierwszego świata. Ostatecznie możesz założyć, że to historie z życia wzięte i zdarzyły się naprawdę. Ale nie musisz. Chcę w ten sposób zobrazować pewien problem. Jeśli czytasz ten wpis, możliwości są dwie: po prostu czytasz mojego bloga regularnie i klikasz we wszystko albo faktycznie jesteś ciekawy, jak się poprawnie odmawia, a przedstawione wyżej historie nie brzmią jak widzimisie i czepianie o pierdoły, ale jak #samożycie.

Tylko nie wiem, czy się czegoś dowiesz ode mnie.

* * *

Odmawianie to trudna sztuka. Tak samo jak logarytmy. Albo to opanujesz siłą własnego umysłu, albo uczysz się na pamięć jakiegoś schematu i potem podstawiasz nowe dane pod dawno opracowany wzór.

Zrobiłam tak na maturze. Akurat dostałam równanie, które znałam na pamięć. Dalej je pamiętam. I jakoś poszło. Z tym że matematyka ciągle jest tak sama. Teoretycznie. Schemat odmawiania jest stale zaburzany przez złośliwość emocjonalną.

Czuję się winna/y, jeśli odmówię

Poczucie winy to najczęstsze, co może targać człowiekiem w momencie, kiedy musi komuś odmówić. A ono potrafi zjeść od środka jak toczeń. Więc się zgadzasz. A potem ból. Ścisk w żołądku. Bo znowu robisz coś wbrew sobie. Coś dla kogoś. Bo znowu zmieniasz plany.
Zawsze Ty. Nigdy ktoś. Znasz to?

Nie chcę, żeby jej / mu było przykro

To w pełni zrozumiałe. Ale relacje międzyludzkie (nieważne, czy chodzi o przyjaźń czy miłość, czy rodzinę) opierają się na współpracy i rozmowie. Bez tego nie ma nic. Nie ma też wspólnych planów. Są czyjeś plany. I Ty obok.

Nie odmawiam, bo go / ją kocham

To samo tyczy się związków i wszystkich jego odmian. Nikt nie może zgadzać się na wszystko i argumentować tego ślepą miłością Boisz się odrzucenia? Rozumiem. Ale związek, w którym poświęca się tylko jedna osoba, jest do dupy. I powinien się jak najszybciej skończyć. Albo nastawienie partnera musi się zmienić. Whichever comes first.

I teraz możesz powiedzieć „no dobra, a co jeśli ktoś Cie poprosi, żebyś wziął z nim mefedron albo okradł sąsiada?” Ale bądźmy dorośli i mówmy o rzeczach realnych. I trochę bardziej przyziemnych. A taką gadaninę zostawmy na wychowywanie dzieci. Wszyscy mamy jakiś tam swój rozum. A zgadzanie się na wszystko zawsze ma jakieś granice. Nawet, jeśli na co dzień zgadzasz się na wszystko.

I o ile zgadzanie się na wszystko w takim wymiarze, jak pójście do kina na czyjąś wymarzoną godzinę czy przełożenie Walentynek na przyszły tydzień, to jeszcze nie aż taka straszna zbrodnia. Problem pojawia się, kiedy odmawiasz sobie wielkich rzeczy i na przykład zgadzasz się na zamieszkanie gdzieś, gdzie nigdy normalnie byś nie zamieszkał tylko dlatego, że komuś będzie to odpowiadać. Albo kupienie samochodu, który będzie pochłaniał co miesiąc hektolitry Twoich pieniędzy tylko dlatego, że ktoś powiedział „kupmy go, bo jest fajny”.

To już trzeba zmienić. Nie samochód. Chociaż w tej sytuacji jego pewnie też.

Chciałabym Ci sprzedać jakiś cudowny złoty środek na asertywność. Ale nawet nie wiem, jaki. Jedyne, co przychodzi mi do głowy – odmów czasem czegoś wbrew sobie. Żeby zrobić tym samym coś dla siebie.


Nie bój się, że jeśli powiesz komuś „nie”, to zostaniesz sam, bo wszyscy się od Ciebie odwrócą. Bo w ten sposób szybko się skończysz. Pamiętaj, że Tobie czasem ktoś odmawia. I nie czuje się z tego powodu źle. Więc dlaczego Ty się masz tak czuć?