Wiem, że jest dopiero początek lutego i do wiosny jeszcze prawie dwa miesiące. Ale wczoraj zdarzyło mi się usiąść na parapecie przy kaloryferze i z drugiego piętra obserwować widoczne w oddali lubelskie LSM-y, oświetlone zimowo wiosennym słońcem. Nie przepadam za tą dzielnicą. Ale kiedy tak przyglądałam się, jak promienie słońca wpadają do okien, a kaloryfer tworzył złudzenie ciepła, pomyślałam, że ten wiosenny klimat nie jest taki zły.

Z wiosną łączy mnie skomplikowana relacja. Niby jej nie lubię, bo jest rozmoknięta, zgniła i szybko robi się za gorąco na piękne płaszcze (bo chyba już ustaliliśmy, że jestem od nich uzależniona?). Ale jednocześnie nie potrafię nie zauważyć, że wszystko magicznie budzi się do życia. Że to wstrętne słońce, które tak wali po oczach, sprawia, że bardziej Ci się chce pracować, sprzątać, wyjść z domu – cokolwiek. Po prostu Ci się chce. Może to witamina D, która powoli przenika w głąb organizmu. Może to błękitne, bezchmurne niebo, którego zimą tak często brakuje. Które pozwala samolotom malować ślady na kształt dróg.

Do marketów wjeżdża coraz więcej kwiatów, doniczek, drabinek bambusowych i możliwości. Coraz mniej czasu dzieli mnie od sadzenia nowych ziół, które przyjmą się w moich kuchennych warunkach albo nie. Coraz mniej do przesadzania i wysadzania wszystkich moich aloesów, które rozrastają się w przerażającym tempie. Coraz bliżej przesiadywania na balkonie.

* * *

Bardzo dawno temu miałam sen. To było zimą, jakoś dziesięć lat temu i pamiętam, że już któryś miesiąc z kolei męczyły mnie koszmary. Tamtej nocy śniło mi się, że stałam na rozdrożu. Po jednej stronie widziałam ośnieżony dom, jakiegoś bałwanka stojącego obok, łopatę do odśnieżania i lodowe sople zwisające z dachu. Po drugiej – pełne słońce i coś na kształt pola pszenicy. Wiem, że to raczej wskazuje na koniec lata niż wiosnę, ale wtedy podświadomość kazała mi myśleć inaczej. Stałam między jednym krajobrazem a drugim i miałam podjąć decyzję. Normalnie wybór byłby oczywisty, a wtedy ruszyłam w stronę ciepła. I towarzyszyło mi wiele pozytywnych odczuć, wręcz czułam, jak wiatr opala mi skórę. I wolność. Towarzyszyło mi poczucie wolności. Obudziłam się pierwszy raz od dłuższego czasu wyspana i z dużo lepszym humorem.

Minęło tyle lat, a ja nadal pamiętam ten sen.

Dlaczego Ci o tym piszę? Nie wiem, ale często myślę o tym śnie, kiedy łapię się na przypływie wiosennej miłości. Wiosna co roku daje mi komfort psychiczny, mimo że jeszcze nigdy nie przyznałam tego publicznie. Mogę sobie nie znosić ciepła, zgnilizny i Lanego Poniedziałku. Ale gdzieś w środku cieszę się razem ze wszystkimi, że przyroda budzi się do życia, że mój bukszpan może w końcu uformuje się w zgrabną kulkę.

Ilość słońca w naszej kuchni zawsze jest wprost proporcjonalna do słuchalności radia. Poranna dawka muzyki jakoś lepiej się wtedy przyswaja. Wiadomości są jakieś przyjemniejsze. A kawa wypita przy oknie z widokiem na słoneczne LSM-y podejrzanie lepiej smakuje. I wszystko jest jakoś lepiej. A przecież coraz bliżej wiosny. Tego strasznego słońca. Tych strasznych upałów.



Wczoraj był dobry dzień. A promienie wpadające do naszego mieszkania w jakiś magiczny sposób zwiększyło moją produktywność, efektywność i chęć działania. Wiosna to taki naturalny suplement diety, wspomagający cały organizm. Jakkolwiek bym o niej nie myślała. Trzeba jej to przyznać.
I niech dzisiejszy dzień i każdy kolejny był tak samo dobry, słoneczny i dziwnie przyjemny. I na koniec małe pytanie – czy Tobie też zdarza się czasem tak bardzo sobie przeczyć?

* * *

Wiem, że dzisiejszy wpis jest chaotyczny i trochę od czapy. Ale ta sytuacja niemal posadziła mnie na krześle i kazała klepać w klawiaturę. Uznaj więc, że byłam pod wpływem silnych emocji i przymruż oko na ten niespodziewany wylew prywaty.