Na co dzień mamy mnóstwo obowiązków. Związanych z pracą, rodziną czy po prostu szeroko pojętym domem. Nie zawsze mamy wystarczającą ilość czasu i zdecydowanie nie lubimy go tracić. Dlatego szukamy rozwiązań, które mogłyby tę codzienność nam ułatwić.
Jako, że nie lubię tracić czasu ani energii, sama stale zastanawiam się, co jeszcze mogę zrobić w swoim domu i życiu, żeby jedno i drugie szło mi sprawniej. Dlatego przygotowałam dzisiaj zestawienie 10 lifekacków, które znacznie ułatwiają mi życie pod względem organizacyjnym, ale też po prostu są praktyczne.

Roślinność mała i duża. Ale raczej duża

➤Moje doniczki często migrują. Czasem zabieram je do wanny na chłodny prysznic, żeby potem ustawiać je i szurać po podłodze kilka minut, a czasem po prostu nachodzi mnie myśl, że powinny stać trochę bardziej na lewo. Jedne są lżejsze i można je podnosić, drugie trzeba ciągać po ziemi albo złamać sobie kręgosłup. Dlatego wszystkie te, które stoją na podłodze, podklejam od spodu filcem. Jest mięciusi i dzięki temu mogę nimi  jeździć po całym domu, bez szkody dla delikatnych paneli. Taki sam patent zastosowałam na nóżkach od mojej pufy, pufa – zwał jak chciał – jednak pomysł nie wypalił, bo nóżki szybko wyrobiły w filcowej podkładce dziury.

➤Pozostając przy temacie związanym z roślinami, o wkładaniu pod doniczki instrukcji pielęgnacji pisałam już w tym wpisie – odsyłam po więcej moich patentów na piękną zieleninę! Od kiedy trzymam wszystkie potrzebne informacje pod doniczkami, nie muszę grzebać po Internetach, żeby dowiedzieć się, jak mam podlać moje palmy. Po prostu podnoszę lekko zieleninę i wszystko jasne!

Kuchenne rewolucje BNS

➤W kuchni też można sobie skrócić czas pracy. Mam na to dwa sposoby. Po pierwsze, zawsze, kiedy obieram warzywka – czy to marchew, czy ziemniaki, czy cokolwiek innego – robię to nad ręcznikiem papierowym. Potem nie muszę zbierać tych wszystkich ścinek z blatu, tylko zwijam w rulonik i wyrzucam. Przy okazji taką papierową gamułką (nie mam pojęcia, jak napisać to słowo, ale w moich rodzinnych stronach tak się mówi na zawiniątka) przecieram blat i deskę do krojenia. Pewnie to mało ekologiczne, ale na ten temat także pisałam w artykule o no waste.

➤Drugi patent to pudełko po pieczarkach, które pewnie znasz z wpisu o przetrwaniu przeziębienia. Tam służyło jako mobilny kosz i w przypadku gotowania spełnia tę samą funkcję. Podczas przygotowywania jedzenia zawsze zbierają się większe czy mniejsze śmietki – łupiny z czosnku, jakieś resztki cebuli czy pietruszki albo obierki z pieczarek (to bardzo dziwne zajęcie, ale chłopak nauczył mnie na obieranie pieczarek, nie pytaj). Wszystko ładuję do plastikowego pojemnika i nie muszę wisieć nad koszem, z którego raczej nie wydobywa się nic przyjemnego. Oczywiście to może być pudełko po lodach, włoszczyźnie czy czymkolwiek innym, po prostu u mnie pieczarki schodzą w ilościach hurtowych, to i pudełek się zbiera.

➤Przekładanie suchych produktów do słoików i dedykowanych pojemników jest dość popularne i często spotykane. Trochę w myśl zasady no waste, trochę z tytułu ochrony przeciwmolowej. Oprócz opisania danego opakowania, dopisuję też zawsze jego datę ważności (to rzadko widzę w internatach). Dzięki temu wiem, do kiedy muszę zużyć komosę czy makaron. I pewnie powiesz, że przecież to suchy produkt, trudno, żeby się zepsuł. Ale ja jestem trochę kulinarnym freakiem i nie mam w zwyczaju używania przeterminowanego czegokolwiek. Więc jeśli lubisz mieć kontrolę nad swoją soczewicą, ten patent jest dla Ciebie!

➤Nie wiem, jak Ty, ale ja, kiedy mam więcej czasu, lubię sobie zrobić swój własny sos sałatkowy zamiast używać takiego z torebki. Chociaż nic do nich nie mam, są dobre. Kiedy już kombinuję z sosem DIY, wszystkie składniki ładuję do małego słoiczka, zamykam i potrząsam, dzięki temu wszystko pięknie się ze sobą łączy, a ja zaoszczędzam czas, który straciłabym na mieszaniu tego łyżką czy widelcem i unikam grudek. To też świetny patent, jeśli zabierasz ze sobą sałatę do szkoły czy pracy – jej składniki nie muszą odmakać w sosie przez kilka godzin. Po prostu bierzesz sos w słoiczku i wlewasz do pudełka, kiedy masz ochotę na lunch. I nic się nie rozleje – idealny take away box!

➤Znoszę do domu mnóstwo książek kucharskich. Ale nie wszystkie przepisy mi odpowiadają, Tobie pewnie też. Bo umówmy się - nie codziennie masz ochotę na sernik z karambolą. A nawet, jeśli masz, to ile sklepów w okolicy dysponuje karambolą? Zamiast zaznaczać sobie konkretne strony karteczkami indeksującymi, które z czasem blakną (zwłaszcza, jeśli książki stoją blisko okna) i na których nie zmieści się cała nazwa potrawy, przyklejam jedną dużą karteczkę na samym początku książki albo na jej okładce i tam zapisuje sobie wszystkie przepisy, które mnie interesują. Potem tylko zerkam, gdzie i co. Easy peasy.



W salonie też się da lepiej!

➤Czas w końcu opuścić kuchnię. Jest taka grupa ludzi, którzy notorycznie zapominają o płaceniu rachunków. Za prąd, za wodę, za netfliksa. W tej sytuacji przede wszystkim warto zaznaczać dealine’y w kalendarzu. I na wszelki wypadek w telefonie, z powiadomieniem. Głośnym. Albo po prostu płacić zaraz po otrzymaniu listu. Ale tak poza tym mój patent – który całkiem nieźle się sprawdza – to trzymanie niezapłaconych rachunków gdzieś na widoku. U mnie stoją przy lampie, bardzo blisko kalendarza. Dzięki temu zawsze jak zerkam w jego stronę, widzę też wiszący nade mną rachunek. I zawsze kiedy już wszystko zapłacę, zapisuję na fakturze datę. I wiem wszystko.

Muszę chyba przyspieszyć, mało osób czyta tekst dłuższy niż strona A4, a to już druga się kończy.

Zatem - na koniec dwa moje ulubione łazienkowe patenty

➤Pierwszy jest dla mnie odkryciem życia. Zawsze mnie denerwowało to, że kiedy chciałam umyć podłogę, musiałam najpierw wlać wodę z płynem do miski, potem zdejmować ścierkę z trzymajki na mopa, zamoczyć, wycisnąć, założyć, umyć, zdjąć, przepłukać, zamoczyć, wysisnąć, założyć i tak przez 45 metrów. Można umrzeć, szorując. Pewne go razu wykorzystałam opakowanie po płynie do szyb, wlałam wodę z płynem i to jest prawdziwy hit! Teraz tylko pryskam sobie na podłogę albo na mopa i oszczędzam po pierwsze czas, a po drugie nerwy. Polecam!

➤Ostatni jest związany z naszą pralką, która aktualnie dogorywa, ale jeszcze potrafi odwirować gacie. Sporo pralek ma na panelu napisane tylko numery programów, bez żadnego wyjaśnienia. Dlatego postanowiłam sobie to wyjaśnienie stworzyć sama. Skserowałam odpowiednią stronę z instrukcji, włożyłam w koszulkę i powiesiłam w relatywnie niewidocznym miejscu – za drzwiami łazienki, które z reguły są otwarte. I zawsze mogę zerknąć, czego akurat potrzebuje moje pranie.


Mam nadzieję, że chociaż kilka z moim lifehacków okaże się użyteczna także dla Ciebie. Jeśli tak się stanie, koniecznie napisz, który z nich wykorzystujesz w swoim domu, będzie mi supermiło. Śledź także moje social media – Instagram i Facebook – tam znajdziesz więcej mnie!