W środę dostałeś ode mnie dobre rady na temat przedświątecznych porządków. Mam nadzieję, że wszystkie złośliwe zameble już wypucowane i teraz możesz śmiało zająć się sobą – zasługujesz!
Święta, i w ogóle zima, są niesamowicie opłacalnym bohaterem pierwszoplanowym, jeśli chodzi o filmy, książki, generalnie całą popkulturę. Motyw ten niemal wyskakuje nam z lodówek na każdym kroku. I w zasadzie lubimy wsadzać sobie go do gardła szczególnie zimą, kiedy święta tuż tuż. Może żeby poczuć tę magię, może żeby zobaczyć, jak czują ją inni. Dlatego dzisiaj przygotowałam moje subiektywne (pełne romansów) zestawienie ulubionych filmów, które święta mają na pierwszym, drugim, bądź ósmym planie.

Na początek ciekawostka z życia ciotki BNS – wychowywałam się bez Kevina gdziekolwiek i pewnie dlatego nie pałam do niego jakąś szczególną sympatią w życiu dorosłym, a nawet niekoniecznie za nim przepadam. Ale nie przepadam też za wszystkimi innymi komediami z gatunku „durne”, więc to nie całkiem jego wina. Tak wiec Kevina ani Śniętego Mikołaja tu nie będzie, ale mam nadzieję, że coś Cię zainteresuje.

Listy do M. – nie mogą się tu nie znaleźć. To film, który absolutnie wżarł się w polską kulturę popularną (nawet, jeśli jest wyraźną podróbą i aluzją do To właśnie miłość). We mnie też się mocno wżarł, jak peeling kwasowy. Mam wspaniałe wspomnienia z wieczoru, kiedy widziałam pierwszą część i od tej pory nie wolno nic złego powiedzieć w mojej obecności na temat tego filmu. Po obejrzeniu jednej z części byłam tak naćpana magią świąt, że przestałam uciekać od zaczepiających mnie na ulicy dziwaków, a zaczęłam z nimi rozmawiać o wszystkim i niczym. Polecam to uczucie. Takie rozmowy ostatecznie niekoniecznie. W każdym razie, pierwsza część Listów to zdecydowanie mój świąteczny faworyt i na pewno nie zaliczyłabym go do kolejnej bzdurnej polskiej romanskomedii.

Świąteczny kalendarz – propozycja od Netflixa na chłodne wieczory pod kocykiem. Nie jest to żadna wymagająca intelektualnie pozycja, ale bardzo przyjemna, luźna historia oparta na magii świat w bardzo dosłownym wydaniu. Nie jest to też w żadnym wypadku film w stylu „święta są super przez cały czas”, bo główna bohaterka raczej nie przepada za swoją sezonową pracą. Niemniej jednak całość jest bardzo przyjemna dla oka i idealna na wieczory, podczas których chcesz odpocząć, a nie katować się kolejnym odcinkiem Mindhunter, gdzie trzeba myśleć non stop.

Grinch – ten zielony zgred w wersji filmowej nie przekonał mnie do siebie absolutnie niczym. Animowany Grinch skradł moje świąteczne serce, nawet jeśli jego było zimne i twarde jak lód. Nie jest to film tak dobry, jak inne animacje w stylu Epoki Lodowcowej czy Shreka, nie tak zabawna i nie tak pełna żartów niedostępnych dla dzieci, ale jest wspaniałą historią o świętach i lekcją dla tych, którzy grudniowej magii raczej nie czują. I ma piękny morał.

Sylwester w Nowym Jorku – jeśli mnie znasz, wiesz, że mogłabym obejrzeć nawet relację ze stypy, gdyby w jej tytule zawarte było to jedno, konkretne miasto. Naturalnie więc mój wybór pada na ten film. To kolejna luźna historia, w której w zasadzie nie ma głównego bohatera, a wątek kilku par czy singli ciągle się przeplatają, aby w końcu spotkać się w sercu wschodniego wybrzeża. Wszyscy się od siebie różnią i mają inne plany na święta i sylwestra, dlatego tak dobrze się to ogląda. Bo można spojrzeć na ten czas z kilku różnych perspektyw.

Kot Bob i ja – nie jestem pewna, czy jest tam jakikolwiek motyw świąt, ale jest to wyjątkowo zimowa pozycja, zarówno jeśli chodzi o film czy książki. To prawdziwa historia kocio-ludzkiej przyjaźni opartej na wzajemnym wsparciu, zrozumieniu i potrzebie towarzystwa. I zabójczo wzruszająca. To znaczy, na wszystkich powyższych filmach też idzie się popłakać, ale czytając / oglądając przygody kota Boba i jego człowieka idzie się tym płaczem udławić. No chyba że akurat nie lubisz kotów, wtedy pozostaje Mój przyjaciel Hachiko.

Co dodałbyś do tej listy? Masz swojego świątecznego faworyta poza Kevinem?