Ze wszystkich domowych pomieszczeń, chyba najbardziej lubię naszą sypialnię. To znaczy lubię całe mieszkanie, ale uważam, że to przebywanie w sypialni jest najlepszą formą relaksu. I nie chodzi mi tu o żadne podteksty. Seks jest wykonalny wszędzie. Ale miejsca jak sypialnia nie ma nigdzie indziej.

Kiedy się mieszkało w domu rodzinnym, w wydzielonym pokoiku, a potem po studencku z pięcioma innymi osobami wszystko służyło do wszystkiego. W tym małym pokoiku wszędzie była jadalnia, sypialnia, salon, garderoba, gabinet i ogródek. Moje łóżko bywało wtedy stołem, kanapą, szafą na zimowe ubrania, miejscem do nauki, oglądania seriali, a dopiero na końcu służyło do spania. Środkową część biurka zamieszkiwały nasze laptopy (zazwyczaj jeden  na drugim – takie jakby piętrowe łóżko), a po kątach pałętały się moja toaletka i wszelkie pomoce naukowe – karteczki, markery, spinacze, etc. Szafa była jednocześnie szafką pod telewizor, a w komodzie na bieliznę mieszkały zapasowe kostki toaletowe i gumowe rękawiczki.

I to było bardzo ciekawe doświadczenie organizacyjne. Bo przecież trzeba było się jakoś dogadać z tą ciasną przestrzenią.

I współlokatorami, żeby kitrać część rzeczy w ich pokojach.

Teraz jesteśmy już sami i wszystkie nasze pomieszczenia i meble spełniają swoją pierwotną funkcję. I tu pojawia się magiczna wartość sypialni. Jeśli takową masz – pewnie wiesz, o co mi chodzi.
W ciągu dnia nie wchodzę do niej, chyba że sprzątam. Ale nie zakorzeniam się na łóżku, nie gniotę starannie ułożonej pościeli, nie szwendam się po łóżku bez celu. I co najważniejsze – nie przenoszę do sypialni pracy ani nauki. Do tego służy kącik i kanapa w salonie.

Drzwi do sypialni mam zamknięte, co pozwala mi się za nią stęsknić przez cały dzień. Jest tam też przez to inna temperatura niż w reszcie domu. I nie ma telewizora, radia ani żadnych innych mediów. Chyba że sprowadzę sobie tam tablet. Więc kiedy już dokuję do wyra, jestem tam tylko ja. Cały dzień zostaje w progu, a ja mogę zapalić lampkę, usiąść z książką czy gazetą i nic mnie nie rozprasza. Sypialnia pozwala mi odpocząć od kakofonii codzienności. Zbiera też wszystkie nasze troski. Kiedy mam gorszą godzinę, mogę się tam zamknąć, wylać całą frustrację na pościel, a potem wrzucić każdą depresyjną emocję pod łóżko i wrócić do normalnego funkcjonowania.



W sypialni też zazwyczaj nie ma zbyt wielu rzeczy. Łóżko, szafa, komoda, lampka, jakaś książka, krem do rąk, świeczka o neutralnym owocowym zapachu, etui na okulary. I zielenina, dużo zieleniny. I spokój. Buddyjska aura wszystkojestdobrzizmu.

* * *

Tak zawsze wyobrażałam sobie moją przyszłą sypialnię. I teraz dokładnie taką mam. Jest tak, jak zawsze chciałam.

No, może szafa mogłaby być trochę większa.


Myślisz o sypialni w podobnych kategoriach? A może masz w domu inny azyl psychicznego komfortu?