Człowiek jest zaprojektowany tak, żeby w pewnym momencie życia opuścić rodzinne gniazdo i zająć się budowaniem własnej przyszłości. Bez znaczenia, czy tę przyszłość buduje blisko swojego rodzinnego domu, czy nie. Ważne jest, żeby nie murszeć na czyimś garnuszku do trzydziestki. A nawet do dwudziestki piątki. Uważam, że mieszkanie w domu rodzinnym zbyt długo to ogromny wyzysk. Rodzice poświęcili Ci wszystko, co mieli. Płacili za Twoją edukację, wycieczki do Poznania, złamane nogi i serca, pełną lodówkę i wszystkie młodociane zachcianki. Przez wiele lat. Chyba już za dużo tego dobrego, teraz masz już dwie sprawne rączki i szereg możliwości. Wynocha.

Dzisiaj rocznica odzyskania niepodległości, dlatego przygotowałam zestawienie lekcji, które dało mi mieszkanie „na swoim”. Bo to też pewnego rodzaju autonomia.

24 godziny to strasznie mało. Bo kiedy tak tylko leżysz i pleśniejesz pod maminym dachem, masz czas na realizowanie swoich hobby, na czytanie kilku książek tygodniowo, na oglądanie kilkunastu seriali miesięcznie. Ale kiedy już się zacznie mieszkać samemu, nagle okazuje się, że w domu nic nie dzieje się samo. Żeby naczynia były czyste, trzeba je najpierw ulokować w zmywarce albo zniszczyć sobie dłonie w wodzie i płynie do naczyń. U mnie akurat to drugie. Obiad tajemniczo też nie robi się sam, kostki w kiblu nie aktualizują się samoistnie, kwiaty się nie przesadzają siłami własnej woli, a okna nie mają funkcji samooczyszczania. Wszystko to trzeba zrobić samemu i nagle okazuje się, że te kilkanaście seriali miesięcznie to nie jest taka super ważna sprawa. Mieszkając sama, na pierwszym miejscu stawiam na brudne gary. Jesse Pinkman może poczekać. Choć to rani moje serce.

Hajs nie bierze się znikąd. Trzeba po pierwsze go sobie zorganizować, a po drugie odpowiednio rozplanować jego przepuszczenie. Mieszkanie na swoim to wspaniała lekcja, czym jest wartość pieniądza. Bo nawet jeśli w domu rodzinnym bierzesz czynny udział w sprzątaniu, gotowaniu i myciu okien, jestem pewna, że nie dokładasz się do rachunków. Nie płacisz rodzicom za przelaną w wannie wodę. Za zmarnowany na prostowanie włosów prąd. Za wysłane do radia SMSy. A tu nagle okazuje się, że to nie są małe koszty. I trzeba sobie z tym jakoś poradzić.

Myślenie strategiczne godne szachisty to spora wartość. Własne (lub wynajmowane – pamiętaj, że w moich wpisach traktuję to równorzędnie) mieszkanie to też obowiązki administracyjne. Przed sezonem zimowym trzeba sprawdzić instalację grzewczą i kratki wentylacyjne. Przed końcem umowy z dostawcą Internetu trzeba zorganizować cały proces przedłużania bądź likwidowania jej. Nie mówią już o umiejętnym składowaniu tych wszystkich faktur. Zawsze zastanawiałam się, po co mojej mamie te wszystkie rachunki za gaz, faktury, umowy i gwarancje. Teraz już wiem. To po prostu musi być w domu. Ot tak, na wszelki wypadek.



Samodzielna organizacja czasu – najtrudniejsza lekcja. Od teraz nikt mi nie powie „zrób to”. Sama muszę się zmobilizować do pracy, do sprzątania, etc. Jest to ściśle związane z niezależnością – nikt mi nie rozkazuje, nie stawia warunków. To ja ustalam zasady. Nie muszę sprzątać, bo nikt nade mną nie wisi, ale to ode mnie zależy, czy bałagan będzie mi przeszkadzał. A powinien. Wiesz, o co chodzi. Nic nie musisz, ale zawsze możesz chcieć. Ale czy to wada czy zaleta? Prawda leży chyba gdzieś pośrodku. Dobrze jest mieć tę strefę niezależnego komfortu, ale mamina rada jest zawsze bezcenna.

Mieszkanie samemu – czyli na swoim, nie w samotności – to bardzo fajna sprawa. I uczy dorosłości, naprawdę. Ale wiesz, nie warto tak całkiem się odcinać od rodzinnych stron. One są Twoim szkieletem. Bez rodziny nie istniejesz.


Dodałbyś jakąś lekcję do tej listy?