Kanony piękna zmieniają się praktycznie co chwilę. Każda dekada ma jakieś swoje cechy szczególne. W latach 20 nosiło się cienkie brwi, długie kolare, tańczyło się charlestona i paliło cygara. Krótkie sukienki wymagały smukłych, długich nóg i nienagannej talii, żeby bez obaw można było nosić frędzle. Dwadzieścia lat później, w wojennej rzeczywistości panowały stylizowane na mundury szmizjerki i prochowce, idealnie ułożone loki, płaskie buty i kreski a’la Marylin Monroe. Lata 60 to pin up i panie o pełnych kształtach – te miały najbardziej napięty grafik jeśli chodzi o adoratorów. Od tego czasu waga stopniowo spadała, anoreksja stała się celebrytą, aż w końcu wskoczyła na catwalk. Dzięki temu projektanci potrzebowali mniej materiałów, co szybko przełożyło się na mniejsze koszty produkcji. W ostatnim czasie jednak zamiast wmawiać kobietom, że małe jest piękne, koncerny zaczęły wmawiać im, że same są mniejsze. Bez żadnych tam treningów cardio. Ot, tak. Zamieniając metki na ubraniach. Żeby gawiedź poczuła się lepiej, szczuplej. Chyba.

Czasem na różnych forach obserwuję, jak panie narzekają, że od wielu lat noszą rozmiar 40, a nagle potrzebują 42, bo 40 to stare 38. I czują się pokrzywdzone. Ale wydaje mi się jednak, że częściej problem pojawia się po drugiej stronie, tylko nikt nie postrzega go w kategorii problemu, bo sieciówki w ten sposób bardzo skutecznie stymulują nasze ego.

Bo kiedy nagle zdrowa 38 dowie się, że spodnie 36 leżą na niej wspaniale – czy powie, że ją oszukano? Oczywiście, że nie. Jest szczęśliwa, że wcisnęła się w (pozornie) rozmiar mniejsze gacie. Juhu, teraz może już olać mordercze diety, sieciówka zadbała o jej poczucie komfortu.

Jestem chora na labele i czasem, jeśli ktoś w moim otoczeniu zdejmie kurtkę czy sweter, zapuszczam żurawia, żeby sprawdzić, gdzie ewentualnie mogę tego szukać. I często widzę, że metka kobiety, która na oko wygląda na czterdzieści dwa, mówi 38. Albo mniej. A ja w tym czasie mam na sobie koszulę w rozmiarze 38, kupioną kilka lat temu. I spodnie w rozmiarze 32, kupione w zeszłym miesiącu.

Mam w szafie chyba wszystkie rozmiary od 32 do 40. I jedną czterdziestkę dwójkę. Wszystkie tak samo pasujące.

Kiedy szwendam się po galeriach i okazuje się, że spodnie w rozmiarze 34 są odrobinę za luźne, a koszula w rozmiarze 36 opada jak oversize, czuję się trochę przerażona. Bo co biorą do przymierzalni dziewczyny, które faktycznie na co dzień noszą tzw. rozmiar zero (32)? Przecież nie ma nic poniżej. Jak można oszukać tę grupę społeczną?

Dlaczego dajemy się na to nabrać? I dlaczego się na to godzimy? Kult niedowagi posunął się chyba odrobinę za daleko. Współczesny świat wmawia nam, że rozmiar czterdzieści dwa to coś złego. Powód do wstydu. A przecież to nie na tym miała polegać moda. Vogue długo szczycił się hasłem Fashion for everyone. Chyba że tylko ja tak uważam? Że to jest w porządku i nie ma co się szczypać o rozmiar w tę czy wewtę.


Czy może tak być, że Ingacy Krasicki, wiele lat temu pisząc „Malarzy”, miał ponadczasową rację?