Blondynka na swoim: Kiedy podczas oglądania horrorów na ekranie pojawia się informacja „film oparty na prawdziwych wydarzeniach”, mam różne odczucia. Najpierw robię w spodnie na samą myśl, że ktoś mógł przeżyć to, co ja oglądam w bezpiecznym kocykowym azylu, dopiero potem zastanawiam się, jak bardzo to jest (albo nie) prawdopodobne. Bo jak to mówią – pic or didn’t happen. Horrory czerpią zazwyczaj z legend, podań czy innych opowieści ciekawego człowieka. Ale jest też grupa filmów, które swoją fabułę opierają na historii. Na tym, co jest udokumentowane jako „wydarzyło się”. I nie potrzeba żadnego „naprawdę”. I to właśnie filmy oparte na prawdzie historycznej lubię najbardziej, jeśli chodzi o tę kategorię. Jestem bardzo ciekawa, co bardziej pociąga Ciebie – miejskie legendy czy obrócony w film podręcznik do historii.

Redaktor Ego: Już od jakiegoś czasu robiłaś podchody i usilnie próbowałaś przekonać mnie do przygotowania tekstu o najciekawszych biografiach. Przez chwilę byłem nawet skłonny ulec Twoim namowom, jednak gdy usłyszałem od Ciebie „nie, Wojtek, „Wolverine: Geneza” nie jest filmem biograficznym, mimo że opowiada o przeszłości głównego bohatera”, uznałem, że nie będę ułatwiał Ci tego zadania. Ty się jednak uparłaś i nie dasz w sobie stłumić najprawdopodobniej reporterskiej żyłki. Wybrałaś więc historie oparte na faktach. Moja pierwsza myśl w tej sytuacji była oczywista.

Film zatytułowany „Veronica” to kawał porządnego horroru. Główna bohaterka tęskniąca za zmarłym ojcem przekonuje koleżanki do eksperymentu z tablicą. Jako idealną okazję do zabawy wykorzystują trwające zaćmienie Słońca. Rytuał oczywiście nie przebiega pomyślnie, a Veronica coraz dotkliwiej doświadcza obecności zagrażającego jej bytu. Chociaż brzmi to jak kolejny film o wyginającej się opętanej dziewczynie i duchach strzelających szafkami, to hiszpańskojęzyczna produkcja trzyma niesamowity poziom. Główna bohaterka nie jest przygłupią nastolatką (o ile przymkniemy oko na przywoływanie duchów... w szkolnej piwnicy... tuż pod nosem zakonnic...w czasie trwania zaćmienia). Musi ona za wszelką cenę chronić młodsze rodzeństwo znajdujące się pod jej opieką, które ewidentnie kocha. Dodatkowo w walce z demonem pomaga jej najtwardsza zakonnica, jaką w życiu widziałem. Kopcąca niczym smok (nawet nie wiedziałem, że wolno im palić, ale widać uleganie używkom nie jest poważnym grzechem), ze swoim hardym usposobieniem i twardym nieznoszącym sprzeciwu głosem musiała w młodości siać postrach wśród demonicznych legionów, a Baala i Pazuzu zjadała pewnie na śniadanie. Do tego dziewczyna czerpie swoją wiedzę z okultystycznego miesięcznika, w którym z całą pewnością raz do roku znaleźć można tymczasowe tatuaże z pentagramem lub pieczęcią Salomona. „Veronica” mimo wszystko jest świetnie poprowadzona. Historia rozwija się powoli, zagrożenie czyhające na dzieci stopniowo narasta, a naiwne straszaki porzucone są na rzecz niezwykle niepokojących scen sprowadzających niepokój w najtwardsze nawet serca. Jest strasznie i odrobinę nieprzyjemnie, a wszystko jest dawkowane w rozsądny sposób z dbałością o wprowadzony klimat. Rodzi się tylko pytanie, dlaczego na tych przeklętych planszach nie ma ostrzeżenia o śladowych ilościach opętań, nawiedzeń i możliwej ingerencji demonicznych istot? Historia Veroniki inspirowana była losem osiemnastoletniej Estefanii Gutierrez Lazaro, która po nieudanym rytuale przez pół roku cierpiała na halucynacje i napady epilepsji zakończone jej śmiercią.



BNS: Historii o wywoływaniu duchów i konsekwencjach z nim związanych jest w stratosferze całkiem sporo i w zasadzie trudno stwierdzić, ile z nich jest zgodnych z prawdą – to pewna cecha charakterystyczna horrorów – Twoja sprawa czy w to wierzysz, czy nie. Ale w jednym masz rację – sporo będzie u mnie (jak to ładnie nazwałeś) reporterskiej żyłki. Na początek trochę polityki i trochę mediów.

Żaden dziennikarz (przynajmniej taki z zamiłowania) nie powinien przejść obojętnie obok tego filmu. I każdy powinien tę historię znać. Historię walki koncernów, polityków i społeczeństwa. W zmiennych proporcjach i o zmiennym bilansie sił. I ten film jest właśnie o tym. Choć zarzuca mu się kartonową grę aktorską i przerysowane postaci – nic takiego nie odczułam.
W „Czwartej Władzy” nie ma fajerwerków, pościgów, wybuchów ani wielkich emocji. Przeciwnie – fabuła opiera się głównie na rozmawianiu. Coś podobnego widziałam już w „Spotlight”, z tym że akurat ten nie zainteresował mnie niczym. „Czwarta Władza” to historia tzw. raportu Pentagon Papers, w którym to ktoś opisał rzeczywisty wkład Stanów w wojnę w Wietnamie. Jasnym jest, że wszyscy kłamią, a raport ma zupełnie inne zdanie niż władze USA. I to głównie dlatego dzienniki zabijają się o te materiały. Rozpoczyna się więc walka o najlepszą pierwszą stronę (i oczywiście o prawdę). Film jest pozbawiony wielkiej akcji, ale absolutnie nie napięcia. Pomimo, że o sprawie wiadomo od jakichś pięćdziesięciu lat. I choć oryginalny tytuł to „The Post”, polskie tłumaczenie idealnie oddaje charakter fabuły i roli mediów. Dla kogoś, kto nie ma zamiłowania do dziennikarstwa (a już zwłaszcza do śledczego), „Czwarta Władza” pewnie nie będzie niczym szczególnym. Ale mimo to – polecam. Choćby dlatego, żeby sobie pooglądać Toma Hanksa i Meryl Streep.



Ego: Historii o duchach i nawiedzeniach jest tak dużo, że nawet plansza „historia oparta na prawdziwych wydarzeniach” nie robi już szczególnego wrażenia. Chcąc zaspokoić widza i zrobić mu dobrze, opowiadając po raz kolejny tę samą historię (nieważne czy chodzi o horror, czy skandal wyciągnięty na światło dzienne przez dziennikarzy), twórcy stoją przed niełatwym wyborem. Mogą skupić się na budowaniu napięcia i wprowadzaniu odpowiednio dobranego klimatu, a na koniec ewentualnie wrzucić plot twist gwarantujący nam kontuzję szczęki. Można też próbować wepchnąć kilka innych elementów, licząc na to, że jak będzie tłoczno, to nikt nie zauważy operowania wtórnym elementami. Gdy pragniemy opowiedzieć historię o nawiedzonym domu, nie zaszkodzi dorzucić do tego dziecka-medium, wizji z przeszłości, szaleńca-nektomanty, ożywionych sług z okultystycznymi modyfikacjami ciała i trupa w szafie (albo całej setki). Z tej drugiej opcji skorzystali twórcy „The Haunting in Connecticut”. Do domu o wątpliwej przeszłości wraz z rodziną wprowadza się Matt. Umierający na raka chłopak zaczyna mieć halucynacje, przywidzenia i nawiązuje kontakt z duchem żyjącego tu wcześniej dziecka. Wycieńczony chorobą i zmęczony koszmarami, znajduje się na granicy wytrzymałości. Powoli zaczyna wzbudzać strach u swoich bliskich, ale przed uznaniem go za szaleńca ratuje go sam domu, którego kolejne tajemnice zaczynają wychodzić powoli na światło dzienne. Przejmującej historii o rodzinie zmagającej się z okrutną chorobą wystarczyłoby kilka przywidzeń i przeciąg strzelający oknami. Całość jednak została doprawiona sporą ilością niemal fantastycznych elementów, tracąc sporo na dramatyzmie. Wystarczyło wybrać jeden z nich i posłużyć się nim do porządnego straszenia (ja bym głosował za zombie pokrytymi okultystycznymi wierszykami przepisanymi najpewniej ze stron Necronomiconu). Jednak co zrobić, jeżeli w relacji świadków tak to najprawdopodobniej wyglądało. Film oparty jest na historii rodziny Snedekerów, którą w rzeczywistości osobiście zajęli się znani łowcy duchów — Ed i Lorraine Warren (para, która pojawiała się w filmie Obecność).



BNS: Warrenowie to całkiem fajni ludzie, przy okazji „Obecności” (czyli filmu o klaskaniu) zdarzyło mi się faktycznie uwierzyć w prawdziwość przekazu. A nawiedzone domu podobno są w każdym mieście, tym bardziej lepiej mieć się na baczności.

Nie wiem, czy wszystkie filmy oparte na faktach (inne niż horrory) tak mają, czy to tylko moja dziwna fanaberia, ale znów mam dla Ciebie coś, co realizuje akcję głównie poprzez chodzenie i rozmawianie. Coś, co mimo to zatrzymało mnie przy laptopie (a jak wiesz, to nie jest łatwe) dużo skuteczniej, niż np. „Alienista”, w którym co chwilę wpada jakiś trup czy którakolwiek z części „Fast&Furious”. A wszystkie wymienione bardzo lubię.

Wielka Brytania, lata 50. Wszyscy zamiatają gruz po wojnie, chociaż jej widmo ciągle wisi gdzieś w powietrzu. Mój historyczny ulubieniec, Mr Winston, wraca na urząd premiera, a dwa lata później kompletnie niewykształcona w kierunku zarządzania krajem Elżbieta obejmuje tron.

„The Crown” to kolejna porcja chodzenia i dialogowania, gdzie akcja oparta jest na polityce, dyplomacji i problemach royal family, o których nikt nie mówi głośno. Obserwujemy, jak Elżbieta II stopniowo zdobywa uznanie i staje się pełnowartościową królową. Jak buntuje się przeciw normom, obyczajom, jak stara się wprowadzać swoje reguły. Przyglądamy się rodzinnym  relacjom i trudom, z jakimi Małgorzata znosi triumf starszej siostry. I okazuje się, że royal family to też ludzie. Że to nie tylko uśmiechnięte marionetki UK. To stado skrajnych emocji. I podejrzewam, że dziś wcale nie jest inaczej.



Ego: Mogę jeszcze raz wspomnieć o nawiedzeniu? To już naprawdę będzie ostatni raz. Obiecuję.

Gdy mowa o najlepszych filmach dotyczących egzorcyzmów na wszelkich listach, pierwsze miejsce zarezerwowane jest dla "Egzorcysty". W sumie nic w tym dziwnego. Poorana bliznami twarz dwunastoletniej dziewczynki przyprawiała wielu o nocne lęki, a jakby tego było mało, jej głowa postanawia zmienić się w koszmar każdego kręgarza i odbyć podróż wokół własnej osi. Scena ta przeszła do historii jako jedna z najbardziej przerażających w historii kina. Jednak to zajmujący zazwyczaj drugie miejsce tytuł o opętaniach uderzając w zupełnie inne tony, zasłużył na szczególną uwagę. Tytułów w tej kategorii mamy całą masę. Główne bohaterki wyginają się we wszystkie kierunki, zawstydzając najlepsze gimnastyczki i mistrzów jogi. Swoim wrzaskiem poruszają domy w posadach, a wszystkie krzyże w lokalu za ich sprawą spadają lub odwracają się do góry nogami. Przemawiają w martwych językach głosem tysiąca demonów i ogólnie sprawiają, że człowiek ma ochotę zrobić sobie rachunek sumienia i pomyśleć o swoim dotychczasowym postępowaniu. To czy wierzymy w tego typu historie, jest kwestią indywidualną i albo to kupujemy, albo nie. „Egzorcyzmy Emily Rose” podchodzą do tej kwestii w zupełnie inny sposób. Losy głównej bohaterki poznajemy po jej śmierci, na sali sądowej, podczas trwającego procesu. Przesłuchania, zeznania świadków i reakcje na przedstawione dowody sprawiają, że zasiane zostaje ziarno wątpliwości. Medyczne argumenty i zdrowy rozsądek ścierają się z wiarą, poczuciem strachu przed nieznanym i doktoratem z antropologii i duchowych doświadczeń. Twórcy biorą to, co najlepsze w kwestii egzorcyzmów i budują wokół tego niezwykle ciekawą narrację. Nie chodzi o niezwykłą sprawność ruchową czy łatwość w przyswajaniu języków, ale o pytanie, na które nadal brak odpowiedzi. Czy to wszystko to prawda, czy jedynie religijny wymysł? Odpowiedź na to pytanie poznała chyba jedynie Anneliese Michel, której losami inspirowali się twórcy filmu.



BNS: „Egzorcyzmy Emily Rose” to faktycznie świetne połączenie filmu grozy i pozycji opartej na faktach. Lepsze niż niejeden straszak tego typu. Ale nie lepsze od dokumentu o samej zainteresowanej.

Skoro Ty ostatni raz wspominasz o nawiedzeniach, ja ostatni raz zapędzę się na północ Europy. No, prawie ostatni. No dobra, przedostatni. Czy to ptak? Czy to samolot? Niee, to znów Wielka Brytania i mój drogi Winston w najlepszym wydaniu.

Bardzo trudno stwierdzić, który film powinno się obejrzeć najpierw – „Dunkierkę” czy „Czas mroku”. Oba opowiadają dokładnie tę samą historię tylko z dwóch różnych perspektyw – otoczonych żołnierzy i wielkiej polityki, od której może zależeć ich los.

„Darkest Hour” to genialna sylwetka Winstona Churchilla, który z pełnym zaangażowaniem walczył o wyzwolenie chłopaków z Dunkierki. Oprócz tego to, co kocham w tego typu filmach, to pewna doza poczucia humoru. Co prawda brytyjskiego, ale Churchill miał niesamowicie cięty język i niezwykle trafne, uszczypliwe żarty. Film oczywiście nie opowiada wyłącznie historii z Dunkierki, pojawia się proza życia brytyjskiego premiera, jego codzienne wyzwania, relacje z żoną i z mediami, a także szeroko pojęty teatr polityczny. Słowem – wszystko, co chciałabym widzieć w filmie o Winstonie Genialnym. A Gary Oldman w tej roli – nie mam pytań.



Ego: Odpuszczam już nawiedzenie, ale z radością pozostanę przy kinie grozy. Pomimo wszystkich zapewnień, że film oparty jest na faktach raczej trudno uwierzyć nam w duchy oraz wszystkie pozostałe potwory i spółkę. Nawet mistyczni mordercy odziani w przerażające maski, mający w głębokim poważaniu prawa fizyki oraz wytrzymałość ludzkiego organizmu na wszelkiego rodzaju urazy mechaniczne, są dla nas odrealnieni. Pomimo świadomości, że kino grozy to najczystsza fantazja, która ma nam trochę obrzydzić opuszczone domy i wakacje nad jeziorem, często lądując w odludnym miejscu, mamy wrażenie, że coś nas obserwuje spomiędzy krzaków, a otaczające nas wzgórza mają oczy. I może słusznie, że czujemy obawy... Filmami napawających mnie największym wstrętem i niepokojem nie są wcale produkcje o zjawach, wygłodniałych zombie, kosmitach wyrywających się z ludzkich trzewi czy najgorsze z nich wszystkich — te o pozbawionych zdrowego rozsądku blondynkach. Najpaskudniejsze są tytułu o kryjących się gdzieś na obrzeżach cywilizacji zdegenerowanych i zdeformowanych wynaturzeniach zrodzonych, gdy Matka Natura pomyliła zakręty na drodze ewolucji. Przerażający mutanci, zniekształceni i odpychający kanibale i temu podobne nienaturalne dewiacje kierujące się podstawowymi instynktami. Uzbrojeni w haki, kilofy i siekiery nie są raczej przyjaźnie nastawieni, a mimo pokrzywionego kroku z łatwością zakradają się do swoich bezbronnych ofiar. „Wzgórza mają oczy” opowiadają o rodzinie Carterów, którzy postanawiają podczas podróży do Kalifornii zwiedzić... pustynię. Ok, o gustach się nie dyskutuje i bohaterowie przekonują się o tym dość szybko, bo trafiają na grupę kanibali, którzy mają zamiar docenić przede wszystkim ich wnętrze. Remake z 2006 roku jest krwawy, ciężki, nieprzyjemny i niepokojący. Do tego obfituje w niezwykły dramatyzm, mamy zemstę i nieuzasadnione okrucieństwo. Co jednak klasyczny tytuł grozy robi tym zestawieniu? Historia przedstawiona w filmie inspirowana była szkocką legendą. Jej bohaterem jest Sawney Bean, który twierdził, że zanim został złapany wraz z żoną i ponad czterdziestką potomków zabił i zjadł co najmniej tysiąc ludzi. Chociaż chciałbym przekonać się, dokąd nocą tupta jeż, to na myśl o kryjących się w norach, jaskiniach i opuszczonych chatach wszelkiego rodzaju odszczepieńcach, raczej nie śpieszno mi w odludne tereny. Jednak nie ma to, jak bezpieczna okolica i wszystkie kreski zasięgu.



BNS: Blondynki to Ty zostaw w spokoju, one mają słabe nerwy. Nie wiedziałam, że ten film może być w jakikolwiek sposób autentyczny, a czytając, że chodzi o legendę, tym bardziej trudno mi uwierzyć, że opiera się na jakichkolwiek faktach. Ale idźmy dalej.

Bardzo tu dziś u mnie wojennie. I wiesz co? Będzie tak dalej. Ale tak sobie myślę, że mój kolejny film zasłużył na moją uwagę dlatego, że jest wojenny, ale przy tym prawdziwy.

Masa jest filmów wojennych. Wręcz wypływają nam z lodówek. Ale większość z nich jest robiona na jedno kopyto – jest jakaś bitwa, jest pif paf, są bohaterowie siedzący w koszarach, ratujący sobie życie i ciągających się nawzajem za nogi. A przecież to nie do końca tak było. Czasem nie walczyli. Czasem mieli ćwiczenia, czasem robiono im zdjęcia (które do dziś hulają gdzieś w archiwach), czasem zdarzał się okres względnego pokoju. I tego mi brakuje trochę w wojennych filmach. Albo widziałam ich za mało, przekonana o ich okopowej monotonii.

„Dywizjon 303. Historia prawdziwa” to ma. To nie tylko bijatyka powietrzna. To też potańcówki, miłostki, rozmowy dyplomatyczne i wspomnienia sprzed wojny. W końcu ktoś wyszedł z tych koszarów i wprowadził jakąś fabułę. Co nie podoba się wielu osobom, które ten film widziały – wiem. Bo jest trochę inny, niż reszta. Bo pokazuje, że nawet w czasie bitwy o Anglię żołnierze czasem się uśmiechali. No bo przecież jak tak można.



Ego: Przy okazji innego tekstu wspominałem Ci o moim irracjonalnym lęku przed otwartym oceanem oraz zamieszkującymi go stworzeniami nienadającymi się do połowu. O dziwo winne wcale nie są „Szczęki” czy „Open Water”, ale raczej filmy przyrodnicze z Krystyną Czubówną w tle. Zanim zaczniesz się znów ze mnie śmiać, pomyśl najpierw o tych mrocznych nieprzeniknionych głębinach i kryjących się w nich potworach. Okazuje się jednak, że w mętnej wodzie po kolana również może czaić się krwiożercza bestia zrodzoną w koszmarnych majaczeniach Matki Natury. Dla mnie oznacza to, że będę trzymał się z daleka od każdego naturalnego zbiornika wodnego.

Grupa reporterów ze Stanów Zjednoczonych wyrusza do Burundi w celu odnalezienia gigantycznego, siejącego zamęt wśród miejscowej ludności krokodyla. Poza materiałem dotyczącym polującego na ludzi stworzenia mają za zadanie go złapać i jakiś cudem sprowadzić do Ameryki. Zadanie jednak wcale nie okazuje się łatwe, chociażby ze względu na podejście ekipy. Gdy na twoje życie czyha pokryta skórą krokodyla oraz paszczą pełną ostrych zębisk mała krwiożercza ciężarówka możesz: uciekać na drzewo, szukać schronienia na wzgórzach, trzymać się z dala od przybrzeżnych zarośli albo ukryć się w drewnianej chatce na środku jeziora. Za żadne skarby nie wybrałbym ostatniej opcji, jednak bohaterowie nie widzą w tym pomyśle żadnych wad i niedociągnięć. W końcu chodzi o to, żebyśmy mogli pooglądać małą Godzillę w akcji. „Primeval” swoim poziomem zbliża się do produkcji w stylu „Anakondy”, bo niby jest trochę brzydko, a całość jest naciągana, ale z drugiej strony jest akcja, zabawne dialogi i nudzić się raczej nie można. Film zabiera nas w dzikie tereny, pokazuje piękne i zarazem pełne niebezpieczeństw krajobrazy oraz stawia naprzeciw siebie człowieka i średniej jakości komputerowe przerośnięte zwierze. Jeżeli jednak podejdziemy do tytułu z odpowiednim dystansem, to możemy się naprawdę dobrze bawić, przede wszystkim dzięki humorystycznej postaci granej przez Orlando Jonesa. Inspiracją do stworzenia filmu był Gustav — zamieszkujący rzeki Burundi gigantyczny krokodyl, któremu przypisuje się śmierć ponad 300 osób.



BNS: Jeśli chodzi o wodę i jej mieszkańców, zdecydowanie bardziej obawiam się wszelkiego rodzaju niewidocznych bakterii, które mogą spowodować większe spustoszenie niż jakiekolwiek zębiska.

Na koniec Cię zaskoczę czymś zupełnie odrębnym od tego, co prezentowałam do tej pory. No, może wkradnie się odrobina Anglii, ale wiesz – love is love. Jedną z moich wielkich miłości było kiedyś szycie ubrań. Z tego też powodu do dzisiaj fascynują mnie wielkie domy mody, cały przemysł tekstylny i życiorysy znanych projektantów. Więc na koniec zabieram Cię trochę do Włoch, trochę do Miami.

Giovanni Versace to przyjemny koleżka, który jest odpowiedzialny za narodziny tego, co dzisiaj znamy jako jeden z największych domów mody na świecie. Swoją markę tworzył mniej więcej w tym samym czasie, w jakim wielokulturową tweedową potęgę budował YSL. „Versace. Geniusz. Sława. Morderstwo” to znakomita historia całej rodziny, która zachłysnęła się luksusem, a potem musiała zmierzyć się z ogromną tragedią. Historia triumfu, upadku i Donatelli, która po śmierci brata musiała jakoś udźwignąć cały ten sukces. I chyba jej się to ostatecznie udało. Ale to też droga, jaką Gianni musiał pokonać, żeby zdobyć uznanie, zawrzeć odpowiednie znajomości (zbratał się bowiem z samą Księżną Dianą, której śmierć miała w filmie swoje pięć minut). To też relacje rodzinne, problemy Donatelli i jej nieporadność administracyjna. Czyli wszystko, co charakteryzowało rodzinę Versace.




Ego: W tym momencie łatwo zauważyć jak cudowna, urocza i niezwykła potrafi być kultura. Wystarczyło bowiem jedno proste zdanie będące naszym przewodnim motywem, a zaczęliśmy pisa lisa o zupełnie innych rzeczach, nie mijając się w ogóle z celem. Czyż to nie piękne? Jeżeli jednak mowa o wszelkiego rodzaju filmach opartych na prawdziwych wydarzeniach należy pamiętać, że nie powinniśmy traktować ich zbyt poważnie. I nieważne czy mowa tutaj o kolejnych egzorcyzmach, nawiedzeniach, morderczych zwierzętach czy ukazanym życiu prywatnym postaci historycznych. Za każdym razem będzie to bowiem reżyserska wizja i nawet jeżeli opiera się na relacjach świadków, ich prawda również jest jedynie indywidualną interpretacją rzeczywistości, a ta wiele razy powtarzana też potrafi nie raz się zmienić. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza gdy będziemy próbowali błysnąć w towarzystwie jakąś ciekawostką „która wydarzyła się naprawdę”. Możemy bowiem mocno minąć się z tą prawdą.  Oczywiście raczej nie zbłaźnimy się tak jak pewien raper, który uwielbia oglądać „Grę o Tron”, ponieważ mógł przekonać się, jak ludzie żyli dawniej, ale z drugiej strony, po co niepotrzebnie ryzykować.