Blondynka na swoim: Ludzie gdzieś na drodze ewolucji nauczyli się być sentymentalni. Lubimy wracać wspomnieniami do dawnych czasów czy oglądać albumy ze zdjęciami. I to nie tylko tymi przedstawiającymi nas samych dwadzieścia lat temu, w czerwonym szafliku (albo balijce, wanience, zwał jak zwał – każdy ma takie kompromitujące zdjęcie), ale też pożółkłe fotografie z komunii ciotki Basi czy zdjęcia przedstawiające babcię za młodu. Lubimy też słuchać o tym, jak to kiedyś było. Bo kto nigdy nie słuchał z zaciekawieniem, jak to się stało z kartką po papier toaletowy w kilkukilometrowej kolejce? Albo jak było w czasie wojny? Chętnie przychodzimy na spotkania z ciekawymi ludźmi, którzy przeżyli zesłanie na Sybir, ukrywali Żydów w piwnicy czy zajmowali się produkcją lokalnych dzienników z lat 50. Takie podejście mają też producenci wszelkich wyrobów popkultury. W ostatnich latach coraz częściej obserwuje się seriale czy filmy, które przenoszą nas w bardziej lub mniej odległe czasy, a i książek pewnie nie brakuje. Ludzie to lubią, więc inni ludzie to robią. Popkultura jest dla nas swego rodzaju wehikułem czasu i jestem szalenie ciekawa, gdzie przeniosła Ciebie.

Redaktor Ego: Jedni kierują się sentymentem, niektórzy są zakręceni na punkcie historii i ze zrozumiałą jedynie dla siebie pieczołowitością dopatrują się wszelkich nieścisłości i chronologicznych wpadek. Jeszcze innych ciągnie ciekawość i głód wiedzy. Jeżeli zapytałabyś mnie, który punkt na linii czasu najczęściej odwiedzany jest przez filmowych twórców, bez wahania strzelałbym, że to II wojna światowa. Największy i najbardziej okrutny konflikt w historii naszego globu był okazją do opowiedzenia o przeróżnych obliczach odwagi i poświęcenia, dawał szanse pokazania niezwykłych miłości oraz nieopisanego okrucieństw. Nazistowska fascynacja okultyzmem była zaś okazją do wplatania fantastycznych motywów jak miało to miejsce w filmach "Hellboy" czy "Indiana Jones". Już zapewne możesz się domyślać, że właśnie w tym kierunku pójdę na początek. Kapitana Ameryki nie trzeba chyba specjalnie przedstawiać. I chociaż jest z niego chłop jak dąb, pięścią potrafi przywalić niczym młotem, patriotyzm ma wymalowany na czole, serce ma czyste niczym kryształ, to wcale nie o jego bohaterskie czyny mi chodzi. "Captain America: The First Avenger", mimo oczywistej komiksowej aranżacji pokazuje wojnę z trochę innej perspektywy. Gdy anonimowi żołnierze giną w okopach, główny bohater zostaje wykorzystany jako najskuteczniejsza broń Stanów Zjednoczonych na zupełnie innym polu. Zamiast stanąć u boku swoich towarzyszy z bronią w ręku, staje się trybem propagandowej machiny. Bez przekonania rozgłasza, że na wojnie walczą „nasi dzielni chłopcy”, a piękne młode panie niczym nagrody czekają w kraju na powrót swoich bohaterów. Chociaż wielu oddaje swoje życie w obronie ojczyzny i bliskich w ostatecznym rozrachunku większe znaczenie ma to, kto ma lepszy PR.



BNS: Klimaty wojenne to faktycznie bardzo intratny i chętnie poruszany w popkulturze motyw. Może już trochę przemaglowany, ale nadal świetnie się sprzedaje. Ja natomiast dziś zacznę od naszej własnej piaskownicy i od czasów nie aż tak odległych. I zabiorę Cię najpierw do końca starego Millennium, a potem jeszcze kilka lat wstecz. Na pewno pamiętasz (bardziej z opowieści niż doświadczenia) ten strach, kiedy rok 1999 miał zamienić się na 2000. Sporo było wtedy złowrogich przepowiedni o końcu świata, zbuntowanych sprzętach elektronicznych i innych teorii spiskowych. Motyw ten postanowił wykorzystać Juliusz Machulski, wpuszczając w 2008 roku do kin komedię „Ile waży koń trojański”. Opowiada ona o Zosi, która Sylwester 1999 roku spędza z nowym partnerem i córką z pierwszego małżeństwa. Wspomina wtedy, że chciałaby być młodsza. Jej życzenie spełnia się o północy, kiedy złośliwy los zamiast do roku 2000, przenosi bohaterkę na koniec lat 80. Nadal jest żoną swojego byłego męża–zgreda, nie ma jeszcze córki, a jej ukochany Kuba nie ma pojęcia o jej istnieniu. Zosia musi jakoś wrócić do teraźniejszości, ale przecież może też trochę ją przekształcić, prawda?

Nie jest to typowa romantyczna komedia, ale błyskotliwa i pełna dobrego humoru opowieść. Ponadto urzekają mnie takie smaczki na ekranie, jak kilkuletni Kubica pędzący trzykołowym rowerkiem czy młody Donald Tusk, który jeszcze nie wie, że za rogiem czeka czwarty czerwca 1989. Film przenosi nas do lat 80, które na swój sposób możemy nazwać wspaniałymi. Do świata bez Internetu, komórek i domowych testów ciążowych, za to pełnego kawy podawanej w szklance, drewnianej boazerii, dużych okularów i wielkich tiulowych spódnic. Nie polecam komedii romantycznych ludziom, którzy ich nie lubią. Ale ten film polecam wszystkim.



Ego: Skoro zaczęliśmy sięgać po bohaterów, których życie zostało urozmaicone podróżą w czasie, to też mam coś na tę okazję. Wyobraź sobie, że jesteś specjalistką znającą się na konkretnym literackim dziele. Wiele lat poświęcasz na dogłębne analizowanie i badania tego właśnie tytułu. Wiesz o nim wszystko. Wyobraź sobie, że pewnego dnia ktoś lub coś postanawia wykopać się wprost do czasów opisanych w książce, a Ty zostajesz naocznym świadkiem wydarzeń, które znasz na pamięć. Coś takiego przydarzyło się Thomasowi Hockenberry. Profesor literatury klasycznej żyjący na co dzień w XXI wieku oraz znawca „Iliady” Homera trafia wprost pod mury Troi i dzień po dniu obserwuje trwający dziesięć lat konflikt wywołany przez napalonego księcia i owoc z drzewa okrytonasiennego. Niczym więzienny klawisz obserwuje czy wszystko przebiega dokładnie jak w oryginale, a o wszystkich odchyłach od normy meldować musi olimpijskim bogom mieszkającym oczywiście na Olimpie. O ile za odchył od normy nie zostanie uznane, że tak naprawdę nie cofnął się w czasie, ale dokonał skoku w przyszłość. Zapomniałem wspomnieć, że chodzi o rekonstrukcje wojny i że ma ona miejsce na Marsie? Ohhh... to tylko drobnostka. Dan Simmons uwielbia przeplatać przeróżne motywy i biorąc pod uwagę jego genialny warsztat ciężko mówić o tym w kategorii zabawy. Łączy on motywy i gatunki z niesamowitą pieczołowitością, wyczuciem, profesjonalizmem i lekkością, czyniąc swoją literaturę fascynującą. W „Ilion” poza wojną trojańską na Marsie mamy jeszcze mieszkańca Jowisza uwielbiającego analizować twórczość Shakespeare'a oraz Ziemię, po której znów chodzą dinozaury. Simmonsa zacząłem uwielbiać za „Hypieriona”, ale to za „Ilion” zacząłem go kochać.


BNS: Strasznie to wszystko zagmatwane, choć moja następna bohaterka też nie miała łatwej sytuacji. Do motywu Troi jeszcze wrócę (coś dużo go dziś), ale o w swoim czasie.
Mój kolejny typ już raz się przewinął w naszych zestawieniach. Ale dzisiaj chcę wspomnieć o nim znowu, bo jego akcja odbywa się jednocześnie na kilku płaszczyznach. To film, który prowadzi widza przez cały XX wiek, jednocześnie wplatając fabułę osadzoną we współczesności. Który ukazuje uroki każdej z dekad poprzez zabytkowe dziś samochody, kluby jazzowe i przede wszystkim ówczesny styl. Obserwujemy, jak zmieniały się trendy fryzjerskie, makijażowi oraz jak moda ewoluowała wraz z biegiem lat. I jest to kwestia kluczowa, bo stroje przewijające się przez całe stulecie zapewnia sam Gucci.

Adaline Bowman na początku XX wieku ulega wypadkowi, w wyniku którego z dziwnych przyczyn przestaje się starzeć. Od tego momentu tuła się od dekady do dekady, przyjmując coraz to nowe wzorce, obyczaje, styl i tożsamość. Musi też bardo dbać o to, żeby nikt jej nie rozpoznał. W końcu w grę wchodzi miłość, Adaline łamie wszystkie postawione sobie zasady i wszystko się komplikuje, do tego w międzyczasie spotyka znajomego sprzed lat.

Fabuła „Wieku Adaline” głównie opiera się na czasach obecnych, ale pojawia się mnóstwo przebitek prowadzących widza przez całe minione stulecie. Poznajemy wiele historii i mamy możliwość obserwować, jak świat zmieniał się wraz z upływem lat. I jak zmieniała się nasza bohaterka.



Ego: Obawiam się, że zacznie nam się robić tutaj zbyt romantyczna atmosfera... dlatego muszę coś na nią poradzić. Przyda się więcej strzelania, jazdy konno, dwuznacznych żartów i więcej Salmy Hayek w gorsecie. Luizjana. Rok 1869. Prezydent Stanów Zjednoczonych Ulysses Grant otrzymuje list z ultimatum. Jeżeli w ciągu tygodnia nie ustąpi ze swojego urzędu, tajemniczy jegomość przejmie władzę w kraju siłą przy użyciu broni o niewyobrażalnej mocy, skonstruowanej przez uprowadzonych naukowców. Z misją powstrzymania szarlatana i odbicia porwanych głowa państwa wysyła dwóch swoich najlepszych agentów. Jeżeli uwielbiasz Willa Smitha w rolach wybuchowych, nadpobudliwych, energicznych stróży prawa, którzy najpierw strzelają, a dopiero potem strzelają, strzelają jeszcze trochę, a gdy już wszyscy nie żyją, zaczynają zadawać pytania "Wild, wild West" jest dla Ciebie pozycją obowiązkową. Film z 1998 roku w reżyserii Barry'ego Sonnenfelda ("Faceci w Czerni", "Rodzina Adamsów" i netfliksowa "Seria Niefortunnych Zdarzeń") to połączenie komediowego westernu z elementami kina steampunkowego. Dwójka partnerów, będących swoimi absolutnymi przeciwieństwami, maniak w stylu Bonda, dość prosty i lekki humor, spora dawka akcji, Smith żartujący z niewolnictwa, a wszystko to skąpane w chmurach pary. Pozycja idealna na sobotni bezstresowy wieczór.



BNS: Will Smith ma wyjątkowo zbolałą twarz, ale w zasadzie dobrze sprawdza się w wielu rolach. Nie wiem czy za sprawą kolejnego filmu będzie mniej romantycznie, ale na pewno bardziej nielegalnie.

Gdybym miała okazję przenieść się do wybranych czasów, nie zastanawiałabym się długo i przekręciła wihajster na lata 50 i 60 XX wieku. Co prawda to Nowy Jork jest moją miłością od zawsze na zawsze, ale moi kolejni bohaterowie zaczarowali dla mnie także Londyn tamtych czasów.
Najlepszym biznesem wtedy było bycie szefem mafii. Ale jeśli mafia jest jedna, szefów jest dwóch, są bliźniakami podobnymi do siebie tylko fizycznie, a dodatkowo w rolę obydwu wciela się Tom Hardy, mogą z tego wyjść jedynie kłopoty. Tak też się dzieje w przypadku „Legend”. Opowieść o Ronie i Reggie’m Kray to oparty na faktach poradnik o tym, jak nie budować gangsterskiego imperium. Snobistyczne kanciaste limuzyny, kluby osadzone gdzieś w podziemiach, męskie rozmowy wśród dymu papierosowego, garnitury skrojone na wymiar, kraciaste marynarki jakby zdarte z manekinów Burberry i dolary płynące w kranie zamiast wody. Kryminalny świat „Legend” wydaje się być idealnie zaplanowany do czasu, kiedy okazuje się, że bracia zbyt mocno się od siebie różnią, a pojawiająca się postać kobieca przynosi niewiele korzyści. Niemniej film jest całkiem przyjemny w odbiorze, a dla takiego XX–wiecznego freaka jak ja – równie klimatyczny. A Tom Hardy to zawsze dobra opcja na wieczór.



Ego: Uwielbiam mroźną zimę oraz niskie temperatury sprawiające, że biały puch wygląda na niczym wyrwany z pocztówkowego krajobrazu. Pod jednym tylko warunkiem. Tymi wszystkimi ładnymi widokami mogę cieszyć się, bez wychodzenia z ciepłego pokoju, popijając gorącą herbatę. Najwyraźniej wyrosłem z białego szaleństwa. Może nie z samego lepienia bałwanów i wojny na śnieżki, ale z przejmującego zimna, które po kilku godzinach harców na długo zagnieżdża się w kościach. Okno oddzielające mnie od niskim temperatur czasem zastępuję kinowym lub telewizyjnym ekranem, a zdarzyło się, że również książką. Nie obrazisz się, jeżeli na liście znów pojawi się Dan Simmons? Praca marynarza to z całą pewnością nie jest lekki kawałek zasolonego mięsa. Tym bardziej, jeżeli przyszło Ci zaciągnąć się na statek odkrywczy w XIX wieku. Brak ogrzewania, klimatyzacji, psujące się szybko jedzenie i szkorbut czekający tylko, aż szerzej się uśmiechniesz. Jeżeli myślisz, że to najgorsze warunki do pracy, pomyśl, że na takim statku wpłyniesz wprost we wnętrze Archipelagu Arktycznego. Porzućcie nadzieję ci, którzy tu wpływacie. Wystarczy bowiem, że za bardzo zwolnisz i Twój wielotonowy statek po prostu zamarza. W "Terrorze" Simmons zabiera nas na rejs tytułowy statkiem HMS Terror oraz towarzyszącym mu HMS Erebus, które w poszukiwaniu przejścia północno-zachodniego z Europy do Azji utknęły w lodzie. Autor, wykorzystując swoją umiejętność sprawnego przeplatania gatunków, przedstawia nam powieść historyczna o losach załogi oraz niepokojącego horroru z tajemniczym monstrum, czyhającym gdzieś niedaleko za burtą. Opisy warunków atmosferycznych dokonane przez Simmonsa sprawiały, że mimo bezpiecznej lokalizacji czułem nie tylko obawę przed potworem odrywającym głowy, ale przejmujące nieprzyjemne zimno zakradające się nawet pod ciepły kocyk. Wrak Terroru odnaleziono dopiero w 2016 roku. Co wydarzyło się na jego pokładzie, nadal owiane jest tajemnicą... a może Simmons trafił na sprawdzone źródła. Chciałaś historii opartej na faktach. Bardzo proszę.


BNS: Poznawanie historii, które prawdopodobnie naprawdę się wydarzyły, zawsze sprawia niemałą frajdę, bez względu na to, czy mrożą one krew w żyłach, czy też nie.  A jeszcze bardziej od podpierania się historią lubię w popkulturze drobne akcenty z czasów minionych, które podkręcają atrakcyjność fabularnej fikcji.

Byłeś już ze mną w Polsce, zwiedzaliśmy tereny Ameryki Północnej, a potem zatrzymaliśmy się w centrum Londynu. Teraz zapraszam w podróż do XIX-wiecznego Nowego Jorku. Pełnego pięknych strojów, ciepło oświetlonych uliczek i kryminalnych zagadek. Do czasów, w których nazwisko Theodore Roosevelt nie znaczyło jeszcze tak wiele, a jednak odwaliło kawał dobrej roboty. W których choroba psychiczna była na równi z inwazją z kosmosu, a psychologia kryminalistyczna kulała na obie nogi.

„Alienista” zachwyca mnie przede wszystkim klimatem. Ta cała seria morderstw, która się na przestrzeni kolejnych odcinków odbywa, jest dla mnie jedynie tłem. Cały zachwyt buduje we mnie duszna aura Nowego Jorku, świat pozbawiony technologii i świetnie napisany główny bohater. Który jest trochę psychologiem, trochę behawiorystą i trochę mediatorem. A zagadka, którą wraz z partnerami musi rozwiązać jest bardzo płynnie poprowadzona ku rozwiązaniu. No i nie mogę pominąć tego, co kocham w produktach popkultury to obecność postaci historycznej, pomimo że cała akcja nie jest oparta na faktach. W tym przypadku jest to Theodore Roosevelt, późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych, który faktycznie pod koniec XIX wieku miał przyjemność pracować jako komendant nowojorskiej policji. Alienista nie jest jakoś szalenie porywający, ale wart obejrzenia dla każdego fana staroci.



Ego: Do niektórych epok filmowcy sięgają w dużej mierze ze względu na niemal gotowy klimat. Taki właśnie jest mroczny XIX wiek. Twórcy horrorów osadzonych we współczesnych realiach bez wątpienia wiele oddaliby za ten niezwykły i charakterystyczny dla epoki wiktoriańskiej mrok i nieustannie unoszącą się w powietrzu woń zepsucia, niepokoju. Nieustanny dreszczyk emocji i zagrożenie kryjący się w rynsztokach pomiędzy strugami deszczu i kłebami pary. Industrialne kolosy powoli wzbijające się ku niebu, depczące słabych i nędznych żyjących w kanałach. Odór zgnilizny ludzkich dusz wylewający się... sama widzisz, jak bardzo potrafi to ponieść. Skoro klimat sam się rzuca twórcom w ramiona, nic dziwnego, że tak chętnie po niego sięgają i opowiadają przeróżne historie. Wampiry i egzorcyzmy mieliśmy w "Penny Dreadful", awanturnika i rozrabiakę z odrobiną voodoo mieliśmy w "Tabu", ekipę od kryminalnych zagadek Nowego Yorku mieliśmy w "Alieniście". Można by jeszcze długo wymieniać. Chociaż tytuły te mają w sobie charakterystyczny nastrój i każdy z nich oferuję dodatkowo coś ekstra, to jednak najbardziej zapisuje się w pamięć "Crimson Peak" ze swoimi niezwykłymi obrazkami. I wcale nie chodzi mu tutaj o gołe pośladki Toma Hiddlestona. Chociaż zamiast zapowiedzianego horroru mamy tutaj romans z przestępstwem w tle, del Toro oferuje nam niezwykłe widoki. Ogromny niezwykły dom, którego każde piętro mogłoby zilustrować osobną historię, niezwykłe połączenie bieli i czerwieni w finałowych scenach, niesamowicie zaprezentowane duchy z genialnie ucharakteryzowanym Javierem Botet. Piękne ujęcia, staranie przygotowane stroje i magicznie przygotowane ujęcia. Chrzanić fabułę skoro można oglądać tak piękne rzeczy.



BNS: Nie słyszałam o tym wcześniej, ale goły Loki mnie całkiem mocno zaciekawił. Choć bardziej ucieszyłby mnie goły Thor ze swoją sylwetką godną bóstwa. Apropos bóstw - na koniec wrócę jeszcze raz pod szczyt Olimpu.

Rodzice nauczyli mnie dwóch rzeczy, jeśli chodzi o obcowanie z kulturą. Po pierwsze, oglądania siedemdziesiąt osiem razy tego samego, nawet w kółko. Po drugie – zamiłowania do starych filmów i seriali. W czasach dzieciństwa byłam prawdopodobnie jedynym swoim znajomym, który potrafił z pełnym zaciekawieniem oglądać filmy takie jak „Sami swoi”, „Ogniem i mieczem” czy seriale pokroju „Domu” czy „Daleko od szosy”. Ta fascynacja poniekąd została ze mną do dziś, nadal lubię sobie czasem puścić coś, co albo powstało milion lat przed naszą erą, albo opowiada o minionych czasach. Nawet bardzo minionych. Tak jak mój ostatni typ. Przy okazji wyszła mi z tego fajna klamra, bo na początku padło pytanie, ile waży koń trojański, teraz zabiorę Cie do jego wnętrza.
Brad Pitt od zawsze robił duże wrażenie. A Brad Pitt prezentujący nadludzką siłę Achillesa – to dopiero coś! „Troja” to zlepek dwóch różnych dzieł Homera złączonych w jeden. I choć czasy starożytne to nie jest moja największa pasja, ten film w jakimś stopniu mnie urzeka. Nie prze panujące obyczaje czy historię wielkiej wojny, ale całą tę mitologiczną otoczkę. Film w przyjemny sposób prezentuje historię, którą powinien znać każdy kandydat do matury, dodatkowo jest dobrze zrealizowany, nieprzesadzony, z odpowiednio wyważoną akcją. Nie ma tu wrażenia chaosu, wszystko jest dynamiczne, ale sprawnie skoordynowane. A filmowa wersja wielkiej wojny trojańskiej powinna cieszyć każdego historyka i kulturoznawcę.



Ego: Czy wiesz, że po Ziemi stąpały jeszcze mamuty, gdy w Egipcie stawiano piramidy? Czasy te były równie odległe dla nas co dla Kleopatry, gdyż żyła ona bliżej lądowania na Księżycu niż chwil wznoszenia piramidy Cheopsa? Wielu fanów twórczości Georga R.R. Martina dopatruje się w napisanej przez niego Pieśni Lodu i Ognia inspiracji XV-wieczną angielską wojną domową zwaną Wojną Dwóch Róż. Historia z całą pewnością potrafi być fascynująca i niezwykła, pełna jest tajemnic i niezwykłych historii. Odpowiedzi na pytanie, czemu tak często i chętnie cofamy się w czasie dzięki popkulturze, może być naprawdę wiele. Może to fascynacja przeszłością, która jest zarazem doskonale znana, lecz jednak niedostępna. Może chodzi o chęć opowiedzenia historii nieopowiedzianych i snucia przypuszczeń. Całkiem możliwe, że w ten sposób próbujemy sobie zrekompensować długie godzinny nudnych lekcji historii w szkole, wypełnionych po brzegi datami i nazwiskami, a zupełnie pozbawionych magii i niezwykłości, które z nawiązką rekompensują nam dzisiejsze produkty kultury.