Właśnie takie słowa usłyszał Smith Jerrod od Samanthy Jones w pierwszej części „Seksu w wielkim mieście”. Kiedy absolutnie samowystarczalna Samantha uznała, że związek jej nie wystarcza. Że potrzebuje czegoś więcej. Albo mniej. Potrzebuje braku związku. Braku ograniczeń. If you know, what I mean. Ale jeśli znasz Samanthę, wiesz.

Ostatnio usłyszałam, że moje superego (ta część osobowości, która odpowiada za sferę moralną) jest bardzo dobrze rozwinięte. Ale chyba w złą stronę. Bo moje idealne „ja” zawsze działa dla innych. I tak sobie myślę, czy to może być problem? Czy oddanie się drugiej osobie może stanowić poważne zagrożenie dla mojej własnej tożsamości?

Kiedy człowiek zaczyna żyć dla innych, w pewnym momencie każdą decyzję zacznie podejmować pod kątem szczęścia kogoś innego. Aż w końcu stanie się niedecyzyjną amebą, która zawsze będzie próbować dogodzić wszystkim. A potem zacznie sama siebie zjadać, bo przecież tak się nie da. Każda decyzja to konsekwencja. Dla tych lepsza, dla tamtych gorsza. I o ile dobrze jest szukać kompromisów, to jeśli się żyje i decyduje dla innych, wśród „tych” i „tamtych” gdzie jest „ja”?

Wbrew pozorom, dobrze być czasem egoistą. Przynajmniej kilka razy dziennie. Kupić coś dla siebie. Wybrać film w kinie pod kątem własnych upodobań. Upiec swoje ulubione ciasto. Być sobą. Być Samanthą Jones. Nie żoną, nie matką, nie miłą koleżanką z pracy. Nie pozwolić, aby nasza tożsamość i rola społeczna stały się synonimem.

Tylko jak to zrobić?

Uczyłam tu już wielu rzeczy. Jeśli to w ogóle można nazwać nauką. Może inaczej – bawiłam się w kołcza. Ale akurat na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Już dawno zgubiłam gdzieś swoje ego, oddając całą siebie tej czy innej bliskiej osobie. I bardzo chciałabym powiedzieć komuś, że go kocham, ale moja miłość do siebie jest większa. Ale prawdopodobnie po tych słowach zjadłoby mnie sumienie. Bo kiedy ktoś ważny informuje mnie, że chce kawałek serniczka, a ja odpowiadam, że jest w lodówce i ukrój sobie, a potem widzę ten (w dużej mierze wystudiowany) smutek, co robię? Nie śmieję się, że masz dwie rączki i dwie nóżki, znasz drogę do lodówki, zapraszam. Idę kroić serniczek. Bo jeśli tego nie zrobię, moje „ja” bez tożsamości będzie wmawiało mi, że ta osoba jest nieszczęśliwa bez serniczka.

To brzmi tak głupio, że aż nie chce mi się wierzyć, ze są gdzieś jeszcze tacy ludzie jak ja.

Zawsze jestem na posterunku. Można do mnie zadzwonić o trzeciej w nocy z każdym możliwym rodzajem problemu. Wszystko zrobię, wszędzie pójdę. I tylko ja będę wiedzieć, że mi to nie odpowiada.

Gdzieś w środku chciałabym być jak Samantha Jones. Ale tak naprawdę jestem w całości jak Carrie. Uległa wobec Mr Biga i całego społeczeństwa. Zawsze dobra dla wszystkich. Carrie, która swoje potrzeby upycha głęboko pod drogi dywan, a w doniczkach sadzi potrzeby innych. I pielęgnuje je każdego dnia. A po swoich każdego dnia spaceruje.

A przecież nie ma nic złego w robieniu czegoś tylko dla siebie. Prawda?


– Does it mean worrying about him and his needs before me and mine? Is it all about the other person, is that love?
– No, that’s marriage.


~Sex and the city