Duże miasta co roku latem przyciągają tłumy turystów. Pogoda pozwala na beztroskie spacery po starych rynkach, parkach czy przesiadywanie w restauracyjnych ogródkach. Ogrody zoologiczne i parki rozrywki pękają w szwach, a władze miast oferują różnorodne eventy plenerowe – kino pod chmurką, wieczór z muzyką jazzową, wystawę kotów rasowych czy rajd rowerowy śladami [wstaw nazwisko dowolnego znanego mieszkańca danego miasta]. Centra miast i główne punkty turystyczne zalewane są przez potoki rozglądających się głów, drepczących stóp i nagrzanych od słońca aparatów. Ale wystarczy odejść choć kawałek poza tę strefę wakacyjnego dyskomfortu i nagle miasto całkiem się zmienia.

Mieszkając na obrzeżach, z niekrytą fascynacją obserwuję jak moje osiedle wraz ze wzrostem temperatury się wyludnia. Jesienią czy zimą non stop widzę zabieganych ludzi, dzieciaki idące czy wracające ze szkół, obserwuję jak cały świat funkcjonuje objęty pewną rutyną. Wakacje to czas, kiedy część społeczeństwa ma wolne, część rozluźniony czas pracy, a niewielka część spędza czas tak samo w lipcu, w maju, jak i w październiku. Czasem, kiedy jadę do centrum, mam wrażenie, że to całkiem inne państwo. Całe moje osiedle, jak i wszystko dookoła niego, jest tak spokojne, że aż sprawia niepokojące wrażenie martwego. Siedząc na balkonie, szum miasta słyszę gdzieś z oddali, swoje epicentrum ma daleko za horyzontem. Wiatr delikatnie muska moją skórę, czuję zapach drzew i ewentualnie czyjegoś obiadu zamiast samochodowego fermentu. Nawet autobusy zdają się poruszać wolniej, leniwiej, bardziej statycznie. W takich chwilach często mam wrażenie, jakbym była w domu rodzinnym. Z dala od miejskiego zgiełku. Ktoś tnie drzewo na cyrkularce, ktoś gra w improwizowaną piłkę plażową, ktoś inny po prostu rozmawia z sąsiadem o nieistotnych pierdołach.

Nie wiem, czy to magia urlopów, optymalnego ciśnienia atmosferycznego, czy witaminy D, ale w wakacje miasto zapada w pewien dziwny letarg. Ludzie albo wyjeżdżają, albo siedzą zamknięci w swojej własnej klimatyzowanej przestrzeni. Widzę ich czasem z psami, w sobotę przed tym czy tamtym ślubem zbierają się przy samochodach, w niedziele wspólnie dreptają na leniwe spacery. Nie biegną tak, jak zwykli to robić zimą czy jesienią. Ja też się tak nie spieszę. Życie dzieje się swoim niewytłumaczalnym letnim tempem. A miasto cichnie. Tak niepokojąco, a jednocześnie przyjemnie dla uszu.

Też masz takie wrażenie? Że cała audiosfera wielkomiejskiego rozgardiaszu milknie i zamiera, ale nie na tyle, żeby się tym zmartwić?