Żeby liczyć na wygraną w przyszłości, trzeba zaryzykować to, co los dał nam dziś.
~ Carrie Bradshaw


Podobno młode pokolenie nie ogląda telewizji. Pochłonięci nową technologią i możliwościami, jakie daje Netflix, zapominają o tym wspaniałym medium towarzyszącym, który po naprawdę wymagającym dniu pozwala wysłać wszystkie swoje szare komórki na paradokumentalny urlop. Takim sposobem kolejne medium umiera, kładąc się do zbiorczego grobowca razem z radiem.

Ale dzisiaj nie o tym.

Parę dni temu, skacząc bez celu po kanałach, chcąc chociaż na chwilę odpocząć od głosu Włodzimierza Szaranowicza, trafiłam przypadkowo na film, który bardzo pośrednio, ale ukształtował mnie jako felietonistę. Jeśli w ogóle mogę pozwolić sobie na tak dużą nieskromność, żeby tak się nazwać.

Wieki temu zaczęłam oglądać „Seks w wielkim mieście” i początkowo byłam zafascynowana samym nowojorskim życiem, kalejdoskopem zdarzeń i oczywiście pięknymi butami od Diora. Z wiekiem intensywniej wsłuchałam się w narrację i odkryłam w Carrie Bradshaw świetny materiał na pisarkę. Kiedy ostatnio obejrzałam pierwszą pełnometrażówkę serialu, przypomniałam sobie mój pierwszy post, w którym pisałam, że Carrie to moja inspiracja. I zauważyłam, że w kwietniu minął rok mojej twórczości na BNS. To już rok, od kiedy postanowiłam przestać pisać o mazidłach, narażając się na stos komentarzy o treści „super post, wpadnij do mnie” albo „nie znam tego kremu”. Jeszcze z kropką nienawiści. Postawiłam na jakość, a nie ilość. Na warsztat pisarki, nie wieczne wymienianie wad i zalet.

Czy coś się zmieniło?

Carrie Bradshaw (albo Preston) nadal inspiruje mnie jako pisarka, kobieta i ciotka dobra rada. Często wracam zarówno do serialu, jak i filmów, i równie często sypię cytatami z nich. Przez rok udało mi się przełamać i zaczęłam obserwować świat, ludzi, sytuację. Jako osoba, która obsesyjnie nie znosi wścibstwa, podsłuchiwania i przyglądania obcym ludziom na ulicy, nauczyłam się nieinwazyjnie obserwować. I przenosić to na papier. Odwzorowywać rzeczywistość tak jak Carrie.

I chociaż na początku się wahałam, co z tego będzie i jak szybko wrócę do kosmetycznego pisania o niczym i czytania komentarzy o niczym, ostatecznie nie wróciłam. Co więcej, można nawet powiedzieć, że porzuciłam Self Made Heaven. Co prawda głównie dlatego, że od prawie roku zdradzam kosmetyki z widelcami i płynami do szyb, ale w zasadzie wyszło mi to na dobre. Tak myślę. Jestem bardziej zorganizowana. Regularne blogowanie ciągle mi nie idzie, ale jest lepiej niż było. Zdecydowanie.

Po roku chyba jestem też trochę innym człowiekiem. Jak każdy. Niesamowite, jak czas potrafi nas zmienić, nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. I jak zmieniły mnie nowe studia, z których w końcu jestem zadowolona.

Starsza o prawie 14 miesięcy nadal zamierzam pisać. I nadal marzę o przynajmniej liźnięciu nowojorskiego świata. A może kiedyś spotkam Sarah Jessicę Parker i podziękuję jej za Carrie Bradshaw.