Mówi się, że przyjaciół poznaje się w biedzie i że wieloletnie przyjaźnie są najcenniejsze. Na pewno są bezpieczne, bo po tylu latach ludzie tyle o sobie wiedzą, że aż strach się rozstawać. To jest główny powód przyjaźni na całe życie, nie jakieś tam sentymenty. A te najtrwalsze zawsze łączy albo wspólny wróg, albo wspólne choroby.

I to drugie to właśnie ja i moja przyjaciółka. Fascynujące jest to, że nasze organizmy z biegiem lat połączyły się w jedną całość i od jakiegoś czasu chorujemy na to samo, tylko w innej kolejności i ze zmiennym natężeniem. I całe życie łykamy to samo.

Nasze spotkania zazwyczaj odbywają się podobnym tokiem. Po pierwsze, kawa i bieżące wydarzenia – a to byłam na rozmowie o pracę, a to kupowałam kwiaty dla promotor, a to muszę się wyprowadzić, a to zaczęłam nowy serial, a to jadę do Warszawki. Potem kolejny stały element gry, czyli „oglądałam ostatnio film [wstaw dowolną blogerkę]” i wymiana opinii na temat tej czy innej medialnej twarzy.

A kiedy już bieżące sprawy się wyczerpią, a z niebieżącymi jesteśmy na bieżąco, nie ma nic lepszego niż geriatria na salonach! Która zazwyczaj zaczyna się od słów „a wiesz, byłam u lekarza…”

– Przepisał mi takie coś.

– A, brałam to, było spoko. Ja dostałam teraz takie i tak mi się chce spać po tym…

– Daj spokój, ja po tym spałam kilka razy w ciągu dnia. A brałaś to?

– Nie chyba, bo mi koliduje z tym.

– Ach, no tak. Ty, a co Ci zapisał na te tarczyce?

– A, to, ale boli mnie od tego żołądek.

– O, brałam to, też mnie bolał, bo wiesz, laktoza… Ty, a widzę, że masz takie same zajady jak ja, a mi lekarz nie wierzy, że to od tarczycy! Łuszczą Ci się, nie?

I tak dalej, i dalej, i dalej… Podczas ostatniego naszego spotkania wypłynął nawet geriatryczny żarcik na temat badań:

– Dostałam skierowanie na USG tarczycy, a tak mnie długo po szyi macała, boje się że mam jakiegoś raka czy coś.

– A Ty durna jesteś.

– Ale to na 30. lipca, to zdążę jeszcze ewentualnie swoje sprawy załatwić.

– To mi zapisz coś w testamencie… a w sumie, nie masz co.

– Leki Ci zapisze, bo i tak bierzemy te same.

Kiedy masz przyjaciółkę, z którą dosłownie możesz pożartować o życiu i śmierci, masz już wszystko. Bo nie ma nic lepszego niż rozmowy dwudziestoparoletnich geriatryków. Współczuję tylko trochę pozostałym gościom przeróżnych kawiarni, że muszą słuchać o tym, co i gdzie nam się łuszczy i jak radośnie rozmawiamy o spisywaniu testamentu i bólu kolan od siedzenia w kinie czy autobusie.
Jak to mówią, starość nie radość, a młodość nie wieczność, im szybciej pogodzisz się z bólem żołądka po kawie, tym lepiej. A im szybciej znajdziesz kogoś, z kim potem możecie sobie nawzajem popychać wózki inwalidzkie albo przytrzymywać balkoniki – tym szybciej wygrywasz życie.

Dbajcie o wieloletnie przyjaźnie! Bo o kolana już za późno.