Dlaczego ludzie w metrze prawie w ogóle że sobą nie rozmawiają? Czy to ciemne tunele i ciśnienie pod ziemią sprawiają, że wszyscy wyglądają jakby przed chwilą zwolniono ich z pracy? Kiedyś gdzieś w jutubowej przestrzeni usłyszałam że ludzie w metrze są tacy smutni, że aż można umierać. I coś w tym jest. Na początku myślałam, że to kwestia piątej rano. Ale tak jest przez cały dzień. I tylko w metrze. Komunikacja werbalna w środkach transportu naziemnego odbywa się bez problemu.

***

Po przyjeździe do Warszawy postanawiamy zostawić bagaże w szatni w Tarasach. Bagaże - czytaj dwie torby na zakupy, jedna materiałowa. No przecież nie będziemy płacić jak za dwa, zrobimy z tego jeden. Jak prawdziwy Janusz na wakacjach. Upychamy jedna torebkę w drugą, tę w kolejną, a całość ładujemy do płóciennego worka w koty, przez co robi się reklamówkowa incepcja. Ale co - jest jeden bagaż? Jest.

Pierwsze, co rzuca nam się w oczy to wszechobecny Uber Eats. Zewsząd rowery, skutery, w deszczu i w burzy. Wywożą jedzenie nawet z KFC. Trochę przerażające, jak leniwi zrobili się ludzie. Wszystko jest na dowóz. Wszystko załatwiamy online. Za chwilę z pokolenia Tamagotchi zmienimy się w pokolenie Hikikomori.

Przez cały dzień kursujemy z jednego końca miasta na drugi, dryfujemy między pałacem najbardziej memicznego człowieka w Polsce a Smolną, między Mokotowem a Saską Kępą, z centrum na Powiśle i z powrotem. I nie widzimy prawie żadnego murala. Przyzwyczajona do łódzkiej sztuki ulicznej czuję, jakby architektura dookoła mnie była goła i niewykorzystana. Z drugiej strony nigdzie nie widzimy też sex shopów, a to przecież nie oznacza, że ich nie ma.

Pod koniec dnia mój aparat postanawia udowodnić mi, że zgodnie ze słowami Flussera, jestem tylko pośrednikiem między nim a rzeczywistością i że potrafi robić zdjęcia beze mnie. Na tarasie widokowym Pałacu Kultury wyciągam sprzęt rozładowany niemal do zera, na którym zapisało się czterysta osiemdziesiąt unikatowych zdjęć wnętrza mojej torby. To, że nie wzięłam ładowarki dodatkowo pozwala mi wygrać nagrodę Darwina walkowerem.

Wieczorem pierwszy raz w życiu czuję się przytłoczona wielkomiejskością. Wychylam się z balkonu na Smolnej i próbuje pozbierać myśli. Pierwszy raz kakofonia ruchu ulicznego i wybitych gdzieś na Pradze zębów mnie męczy. Wśród ogromnych szklanych budynków czuję się maleńka jak jedna pozbawiona znaczenia kropla deszczu. Pierwszy raz w życiu doceniam małomiasteczkowość kameralnego Lublina. I oświetlone ciepłą barwą cotton ballsów Krakowskie Przedmieście.

Rano marnujemy sporo nieprzejechanych przystanków – musimy kupić bilet ZTM na 24 godziny, bo miasto rozczarowuje i nie oferuje takich 12 godzinnych. A przecież potrzebujemy tylko 8 z nich, potem czeka nas już tylko Wilanowska i Flixbus do domu. Ale najpierw potrzeba porannej kawy łączy się ze studencką kieszenią i jedziemy na śniadaniowe 2forU. W metrze nadal jesteśmy jedynymi osobami, które w ogóle rozmawiają. W maku czeka nas kolejne rozczarowanie, bo nie ma oferty śniadaniowej mimo wczesnej pory. Jemy cokolwiek i postanawiamy pospacerować trochę między witrynami. Cały czas czekamy, aż deszcz przestanie lać się wodospadem po szklanym dachu Tarasów.

Chodząc po galerii postanawiam zmacać trochę rzeczy, na które mnie nie stać, ale szybko zmieniam zdanie, gdy widzę, że obsługa Victoria's Secret doskokuje do potencjalnego klienta zanim ten jeszcze zdecyduje się postawić drugą stopę na terenie sklepu. Miła natrętna pani machinalnie pyta jaki rozmiar przynieść i na jaką okazję ma być zakup, nie wiedząc nawet, czego klient potrzebuje. Nie pyta czy i w czym może pomóc. Pyta o pożądany rozmiar. Do drogich sklepów przychodzi się czegoś szukając, nie żeby wybadać jakość materiału albo po prostu popatrzeć.

W końcu wychodzimy na świeże powietrze i spacerujemy po mieście. Już drugi dzień praktycznie nie słyszymy dookoła siebie polskiego języka. Chyba dotyka mnie coś na kształt syndromu paryskiego. Z poprzednich wyjazdów zapamiętałam trochę inną Warszawę.

Siedząc we Flixbusie do Lublina pierwszy raz w życiu nie czuję smutku, że wyjeżdżam ze stolicy. Myślę tylko o swoim łóżku, o ciasnym mieście wielkości Retkini, o ogródkach na Placu Litewskim, o zapachu lasu z balkonu, na którym zawsze szaleje wichura. O wszystkim, byle nie o wyrwanych kontaktach elektrycznych i głośnych współlokatorach na Smolnej. Łapię autobusowe wi-fi i odurzam się nowym Taco Hemingwayem. Takie obcowanie z Warszawą w zupełności mi odpowiada. Fifi kreuje  wystarczający obraz miasta.

Pisząc to, wygrzewam ponad 40 tysięcy zrobionych w Warszawie kroków w ciepłej wannie i zastanawiam się nad potencjalnym miejscem zamieszkania po studiach. Czy byłabym w stanie mieszkać w tym mieście nieograniczonych możliwości? Nie. Warszawa jest jak weekendowa kochanka. Jak ten koktail z bitą śmietaną i przelukrowanym pączkiem na wierzchu. Dobra raz na jakiś czas. Być tam zdalnie. Przyjechać, załatwić interesy, pokręcić się po centrum i wrócić do swojego wygodnego łóżka. Na dłuższą metę wydaje mi się, że szybko bym musiała zamieszkać w Tworkach zamiast na Mokotowie. Nigdy nie spodziewałam się że kiedykolwiek odczuję niepokój w tak dużej przestrzeni. Że kiedykolwiek jakiekolwiek duże miasto mnie przybije. Że będę się czuła tak daleko od domu. Tak obco. Tak niewidzialna.

Może z czasem bym się przyzwyczaiła. Pewnie tak będzie, jeśli będę kiedyś kursować do stolicy regularnie. Ale na chwilę obecną, w tym pojedynku po raz kolejny moja Łódź wygrywa hat-trickiem. Industrialna. Kameralna. Ciepła.


I nawet głos Pana Knapika w metrze tego nie zmieni. Póki co.