Od zawsze podziwiam znajome parki, które decydują się zamieszkać ze sobą dopiero po ślubie. Albo ewentualnie gdzieś w okolicy ślubu. Zawsze uważałam to nawet nie za skok na głęboką wodę, ale za skok na główkę do basenu pozbawionego wody. Jesteś z kimś parę dobrych lat, w końcu bierzecie ślub, kupujecie duże mieszkanie i nagle zaczynasz mieszkać z całkiem obcym Ci człowiekiem. Bo czy tak nie jest? Jakkolwiek długo nie trwa związek, jeśli nie spędzasz z daną osobą całego dnia – zapewniam Cię – nie wiesz, kim jest.

Każdy jest pewną wersją siebie w towarzystwie, ale we własnych czterech ścianach nie musi podlegać żadnym schematom. Jest całkowicie sobą. Nie musi nic. I to jest zupełnie naturalne dla każdego człowieka. I bardzo często te dwa obrazy są całkiem inne. A ewentualne rozczarowanie lepiej jest przeżyć przed zaobrączkowaniem. Dopóki jest jeszcze droga powrotna bez żadnych konsekwencji. Dopóki żaden metal Was nie ogranicza.

„Jesteśmy już tyle czasu razem, znamy się na wylot”

Nigdy nie wiesz, kim jest ta druga osoba, dopóki nie zaczniesz spędzać z nią dwudziestu czterech godzin na dobę. Możesz sobie z nią spędzać wybiórcze weekendy czy tygodnie w Maroko. Ale nigdy nie wiesz. Wspólne mieszkanie to wspaniały proces weryfikacji. Poznajesz nawyki drugiej osoby, jej zachowania motoryczne, częstotliwość rozrzucania skarpet i stopień robienia bałaganu. Wiesz, jak często jest chętna zmywać naczynia, wynosić śmieci, jak długo śpi, kiedy nic nie musi, czy narzuca Ci swoje nawyki mieszkaniowe, czy maluje się w łazience przez 45 minut, czy opuszcza klapę. Poznajesz nie tylko takie banały, ale możesz przekonać się, czy charakter, z którym chodzisz na randki jest zgodny z rzeczywistością. Czy Twój wybranek nie jest przypadkiem zbyt nerwowy i w przyszłości nie będziesz nosić okularów przeciwsłonecznych, żeby ukryć siniaki. Czy Twoja urocza pralinka nie będzie przeszukiwać Ci telefonu i nie będzie robić awantury pod tytułem „co to za Biedronka do Ciebie wypisuje?!”, a w konsekwencji nie obleje Cię kwasem. Nigdy nie wiesz.

„Ale spędziliśmy ze sobą wakacje i wszystko było w porządku”.

Nawet nie wiesz, ile rzeczy ja robiłam, żeby mój K. uwierzył, że wszystko jest ze mną w porządku, kiedy byliśmy na wakacjach albo kiedy przyjeżdżał do mnie na weekend. Jak intensywnie udawałam, że zawsze zmywam po sobie gary, że nie zostawiam na podłodze w łazience gniazda uwitego ze zdjętych ubrań, że nie krzyczę bez powodu na przypadkowe osoby i że przy każdej banalnej okazji nie rzucam przedmiotami. I doskonale wiem, ile on wysiłku włożył, żebym uwierzyła w to, że ma tylko zalety. Że Walentynki są dla niego ważniejsze niż Liga Mistrzów, że wszystko, co ugotuję jest najlepsze na świecie i że potrafi obsługiwać pralkę. Wspólne zamieszkanie zweryfikowało nas jako duet i pozwoliło sprawdzić, czy po ewentualnym ślubie się pozabijamy, czy będziemy uzupełniać nawzajem. I pomimo że jest dobrze, nie wyobrażam sobie zostawić tej weryfikacji ślepemu losowi. Ślub (przynajmniej ten kościelny) to bilet w jedną stronę. Albo się uda, albo się nie uda. A wtedy rozwód będzie najmniejszym problemem. Decyzja o zamieszkaniu razem to w pewien sposób ostateczność, bo ogranicza Was jako jednostkę (te żarty o parach, które wszędzie chodzą razem i zawsze mówią „my”, nawet o sobie samych, to prawda), ale była jedną z lepszych w moim życiu. Więc jeśli potrzebujecie jeszcze oddechu, spokojnie – to nie jest żaden obowiązek. Ale jeśli już chcecie mieszkać razem – zróbcie to przynajmniej rok przed ślubem. Żeby w razie czegoś dało się wszystko odwołać. Żeby nie zostać z kredytem hipotecznym i psem do podziału.

Bo nigdy nie wiesz, kim może okazać się druga osoba. Nigdy.