Kinga: Czas wolny, który spędzamy na oglądaniu filmów czy czytaniu książek, albo dostarcza nam rozrywki, relaksu, albo zmusza do takiej czy innej refleksji. Każdy w popkulturze szuka czegoś innego i każdy inaczej na jej elementy reaguje. Jedni uwielbiają dramaty, inni biografie (co często na jedno wychodzi), jeszcze inni horrory i komedie (co niestety zazwyczaj też). Ale ile razy było tak, że komedia wzruszyła nas do łez wcale nie ze śmiechu, melodramat okazał się jeżyć wszystkie włosy na ciele, a horror niebezpiecznie zmienił się w historię o trudach dorastania. Bardzo często dzieje się tak, że film czy książka nie musi być zaklasyfikowana jako horror czy dreszczowiec, żeby wzbudzić w nas niepokój i spowodował, że noc jest jakaś straszniejsza, a gałęzie za oknem przybierają demoniczne kształty. I dzisiaj chciałabym poznać te elementy popkultury, które w ten czy inny sposób zbudowały wokół siebie napięcie, które być może nie pozwoliło Ci spokojnie zasnąć.

Redaktor Ego: Zdecydowanie najczęściej sięgamy po książkę czy film, aby się zrelaksować, odprężyć lub odsunąć od siebie na trochę wszystkie codzienne problemy. Rzadko kiedy pierwszym wyborem są tytuły, które klimatem wyrywają nas ze strefy komfortu. Przyjemności szukać zaś można w różnych źródłach.

Ja na przykład lubię od czasu do czasu obejrzeć wieczorem horror...albo trzy. Wydawać by się mogło, że powinny wywoływać u mnie przede wszystkim strach, obawę czy napięcie. Raz szaleniec przemknie w tle z siekierą w ręku, czasem ktoś stanie na głowie wykonując mostek, a innym razem sympatyczna dziewczynka, z nadwyraz elastycznym stawem żuchwowym, przebiegnie po suficie, śmiejąc się złowieszczo. Może ze mną jest coś nie tak, ale niemal w każdym przypadku dzięki nowym horror mogę się naprawdę szczerze pośmiać. Naprawdę zdrowo, tak od serca, podziwiając kolejne absurdy i komiczne sytuacje (a może to moje zdrowie psychiczne szwankuje, skoro bawi mnie biegający z piłą mechaniczną maniak).

Czasem natrafić możemy na filmy, które wywołują nieprzyjemny podskórny niepokój. Paraliżują, odpychają, napawają wstrętem. Nie robią tego nawet za sprawą krwawe sceny, ale klimatu, pewnym zdarzeń, okoliczności wywołujących niestrawność, dyskomfort i ciarki. My zaś mamy ochotę gdzieś się schować i cieszyć się poczuciem bezpieczeństwa we własnym domu. Nieznanym sposobem przebijają się one przez naszą świadomość, że to tylko fikcja i skutecznie uderzają w ukryte w lęki. Skoro dziś będziemy pisali o właśnie takich filmach, postanowiłem odbyć przygnębiającą, nieprzyjemną i wołającą o konsultację psychiatryczną podróż do czasów młodości. Kiedy to kilka wyjątkowo nieprzyjemnych motywów bardzo dotkliwie poturbowało moje młodzieńcze poczucie bezpieczeństwa.

Kinga: Filmy grozy można śmiało podzielić ze względu na występujące w nich złowrogie siły. Widzieliśmy już duchy bez fizycznej postaci, trupioblade upiory z szafy, nawiedzone dzieci, opętane dziewice, dotknięte klątwą elementy garderoby (jest taki film, o przeklętych butach, widziałam go, jest koszmarny), a także zwykłych szarych psychopatów. Choć filmy o bytach niematerialnych czy tych, które dawno powinny być martwe, a z jakiegoś powodu spacerują nocami po domu, nie przerażają mnie aż tak, jak te o zwykłych ludziach, którzy nagle postanowili biegać po ulicy z piłą mechaniczną lub uwzięli się na grupę ludzi tak bez powodu. Boję się ich bardziej, bo są najbardziej prawdopodobni. Jednak jest pewien film, który uświadomił mi, że jest jedna rzecz, która skutecznie uniemożliwiła mi zaśnięcie w nocy. Jest to pewien motyw, którego teraz nie zdradzę, bo byłby to solidny spoiler.

„Harry Angel” to przede wszystkim jeden z tych zawiłych filmów, w którym do samego końca możesz się jedynie domyślać, o co chodzi. Oprócz tego jest to film grozy. Napięcie buduje się tu od samego początku i pod koniec jest już tak wysokie, że niemal gotowe runąć na ziemię wraz z moim poczuciem bezpieczeństwa. 

Bardzo trudno zarysować mi fabułę bez spoilerowania, bo to jeden z tych filmów, które klarują się wraz z zakończeniem. Tytułowy Harry pracuje jako prywatny detektyw, który przyjmuje zlecenie odnalezienia muzyka, Johnny’ego Favorite. Tu historia się zaczyna i od tej chwili muszę milczeć.
Absolutnie wszystko w tym filmie napawa mnie niepokojem. Muzyka stawia mi włosy na rękach, jej brak powoduje dzwonienie w uszach, a i cała historia pełna jest budujących napięcie niedopowiedzeń i quasi-straszaków, które pomimo że nie są szalenie profesjonalne (film powstał w latach 80, więc i tak jest nieźle), powodują, że na kilka sekund muszę spojrzeć gdzieś poza ekran. Wszystkie elementy mają widza przestraszyć, wywołać w nim obawę o zdrowie psychiczne. Po obejrzeniu tego filmu z niepokojem patrzę nawet na wentylator przemysłowy na budynkach. Dobrze, że już takich raczej nie robią.



Redaktor Ego: Skoro zaczynamy od filmów z rodzaju „właściwie to nie wiem, o co tu właściwie chodzi”, mam coś i na taką okazję. Jednym z najbardziej męczących i stresujących motywów jest bohater uwięziony w fabularnej pułapce. Wędruje po spirali niepowodzeń, z każdym kolejnym okrążeniem zdając sobie coraz dobitniej sprawę ze swojej beznadziejnej sytuacji. Oczywiście takiej bez wyjścia. Widz męczy się jeszcze bardziej, bo nieraz ma wątpliwą przyjemność połapania się we wszystkim odpowiednio wcześniej. Zdarza się i tak, że zgromadzeni przed ekranami wiemy niewiele więcej niż główny bohater. Oszaleć wręcz można, gdy na wzór „Dnia Świstaka”, w decydującym momencie bohater sięga w kierunku klamki, otwiera drzwi, a po drugiej stronie zamiast szczęśliwego finału nieznana siła wciska wielki czerwony klawisz „Repeat”. Dobry kwadrans pociliśmy się z naszym bohaterem, trzymając z niego kciuki i wbijając paznokcie w oparcia fotela, a tu nagle okazuje się, że tajemnicza siła sprawcza przenosi bohatera na początek koszmarnego toru przeszkód, subtelnie dając do zrozumienia, że pierwsze dziesięć powtórzeń będzie nieprzyjemna, ale potem już jakoś to będzie.

W takiej sytuacji znalazła się Jess z filmu „Triangle”. W czasie wakacyjnej wyprawy wraz z przyjaciółmi ich jacht majestatycznie przewraca się dnem do góry, kończąc radosną wyprawę. Wybawieniem okazuje się pojawiający się zupełnie z nikąd o wiele większy nieprzyjemnie prezentujący się statek. Tam też Jess staje się czymś na podobieństwo postaci z komputerowej gry, która do znużenia musi raz za razem przechodzić ten sam etap. Oczywiście zabijając po drodze kogo się da i uciekając przed zamaskowanymi przyjemniaczkami. Trupy ścielą się gęsto, mimo że niewiele osób kręci się w zasadzie po pokładzie. Znajomość scenariusza i przebiegu akcji nie ułatwia sprawy Jess, która z każdego powtórzenia wychodzi równie mocno poturbowana. Niemoc bohaterki i powtarzający się w koło koszmar potrafią wymęczyć, a spośród kolejnych niepowodzeń i bolesnych uderzeń zaczyna rodzić się pytanie – co tu się właściwe wyprawia?



Kinga: Ten schemat przypomina mi coś na kształt „Istnienia” albo „1408” i faktycznie może napawać widza niepokojem. Zamknięcie w pewnym impasie powtarzających się w kółko zdarzeń z pewnością nie należy do przyjemnych. Zostawmy jednak na chwilę filmy, które z założenia mają nas przestraszyć i pozwól, że wspomnę o tym, który powinien był mnie rozbawić.

Czarna komedia to specyficzny gatunek, który z jednej strony ma wyśmiać sprawy uznawane powszechnie za poważne albo prześmiewczo opowiadać o horrorach – ten schemat dobrze znamy. Z reguły takie filmy bawią (albo powinny, ale są bardzo płytkie), ale myśl o jednej z nich do dziś powoduje nieprzyjemny ścisk w żołądku. Chyba właśnie dlatego, że wszystkie te rzeczy mogą się wydarzyć w rzeczywistości.”Dzikie historie” to faktycznie komplet kilku dzikich historii, w których główną rolę grają zerwane z łańcucha nerwy. Każdy z wątków dotyczy sytuacji dobrze nam znanych albo takich, które kiedyś mogą nas dotyczyć. A to komuś odholowali auto za złe parkowanie pomimo braku zakazu, a to ktoś denerwuje nas na drodze, nie chcąc przyspieszyć i nie dając się wyprzedzić, a to znowu panna młoda chowa pod suknią sporą dawkę zazdrości o koleżankę męża z pracy. I właśnie to jest w tym najgorsze. Najbardziej niepokojące. Że mogłabym być tą koleżanką z pracy, której ktoś chce ogolić głowę nożem do krojenia tortu. Że zdenerwowany kierowca przebije mi opony i zacznie okładać mój samochód przypadkowymi przedmiotami. Że ktoś otruje mnie w restauracji albo że ktoś puści z dymem moje miejsce pracy. Ludzie w nerwach czy zemście robią różne rzeczy. Jak to mówią – wariaci są wszędzie. I to ich trzeba się bać najbardziej. Bo nigdy nie wiesz, kto stoi przed Tobą na światłach. Brzmi absurdalnie, ale naprawdę boję się, że komuś w moim otoczeniu za bardzo puszczą nerwy. A na amok nie ma lekarstwa.



Redaktor Ego: Korzystając z faktu, że już pierwszą pozycją sam zacząłem się katować obecnością na otwartych wodach (przywołujący tym samym mój skądinąd irracjonalny lęk przed wielorybami) pozostanę w klimacie jeszcze chwilę. Wyznacznikiem dobrego thrillera jest wykreowanie sytuacji, w której oglądający za żadne pieniądze czy luksusowe towary nie chcieliby się sami znaleźć. Całkiem szczerze muszę przyznać, że nie jestem specjalnym entuzjastą gatunku, a wszystkie seanse z dreszczowcami to owoc czystego przypadku. Co ciekawe to nie klasyka gatunku zrobiła na mnie największe wrażenie, a film należący do średniaków. Jednak na młodym odbiorcy, jakim wtedy byłem zrobił nieprzyjemne wrażenie.

Gdy wszystko rozpoczyna się od imprezy na jachcie, nie trzeba być ani jasnowidzem, ani wielkim znawcą kina, by wiedzieć, że hedonistyczne i niemal zwierzęce harce w końcu sprowadzą na bohaterów gniew Posejdona. Jeżeli akurat dopisuje mu dobry humor, nie musi nawet wykorzystywać sztuczek z wielkimi falami. Wystarczy odrobina cierpliwości i grupa przyjaciół wykończy się sama swoim brakiem odpowiedniej ilości szarych komórek. Największym zagrożeniem dla pasażerów jachtu Goldspell z filmu „Open Water 2”, wbrew pozorom nie były siły natury, lecz... selekcja naturalna. Młodzieńczy temperament, brak wyobraźni lub zbyt długie przebywanie w pełnym słońcu spowodowały, że bohaterowie postanowili zażyć oceanicznej kąpieli... nie sprawdzając wcześniej, czy będą mogli wrócić bez problemu na pokład. Nie ważne jak bardzo rozciągalibyśmy nasz kark, sytuacja pod każdym kątem jest najzwyczajniej w świecie absurdalna, śmieszna i żałosna. Jednak pomimo wszelkich obiekcji co do wartości IQ bohaterów, pomysłodawcy należy się ogromny plus, właśnie za pomysł. Bohaterowie lądują w wodzie, chwilę się wygłupiają, a całą resztę filmowej taśmy zajmują próbami dostania się na jacht. Ile razy bym o tym nie myślał, za każdym razem brzmi to głupio. Odcinając się trochę od takiego myślenia, pojawia się nieprzyjemny stres i niepokój. Bohaterowie, mimo że są tak blisko bezpiecznego miejsca, nie mogą się do niego dostać. Sytuacja staje się coraz bardziej frustrująca, bo kolejne starania spełzają na niczym, gdyż do sukcesu brakuje zaledwie kilku centymetrów. Brak szans na jakąkolwiek pomoc, otaczający ich bezmiar słonej wody, piekące słońce i świadomość, że wkrótce zapadnie zmrok. A bezpieczny skrawek jest na wyciągnięcie ręki...niemal.



Kinga: Najgorsza chyba w tej sytuacji jest niemoc. Kiedy ratunek teoretycznie jest tak blisko. No cóż, każdy się czegoś boi, każdy ma jakiś lęk, bardziej lub mniej irracjonalny. Ale czasem zdarza się, że nagle zaczynamy bać się razem z bohaterem, mimo że nigdy wcześniej nie mieliśmy takich odczuć wobec danej rzeczy czy zjawiska. Ile razy podczas oglądania albo czytania czegoś zdarzyło Ci się ekstremalnie wczuwać w sytuację bohaterów? Nie chodzi mi koniecznie o temat dzisiejszej dyskusji, ale tak w ogóle. Podejrzewam, że byłbyś w stanie wymienić przynajmniej kilka tytułów. Kiedy fabuła nas wciągnie, stawiamy się nagle na miejscu postaci, żeby jeszcze bardziej to przeżyć. I czasem żałujemy.

Kiedy trafiłam na film „Don’t breathe”, nie spodziewałam się, że ten tytuł może być tak dosłowny. Grupa nastolatków postanawia okraść dom, w którym mieszka niewidomy mężczyzna. Z pozoru łatwe zadanie szybko okazuje się być prawdziwą walkę o życie. Dzieciaki zapominają (albo nie wiedzą), że osoby niewidome mają niesamowicie dobry słuch. Takim sposobem niebezpieczny może być każdy świst powietrza, więc bezpiecznie jest nie oddychać. I ja właśnie przez większą część filmu wstrzymywałam oddech razem z bohaterami, co było niekoniecznie zdrowe. Każdy krok był kolejną dawką nieprzyjemnego ścisku w żołądku, a i końcówka filmu okazała się szalenie szokująca, przynajmniej dla mnie. Po obejrzeniu jeszcze długo zamykałam drzwi do mieszkania na wszystkie spusty i nasłuchiwałam, czy ktoś gdzieś się nie czai. Ot, taka moja paranoja.



Redaktor Ego: W tym momencie najprawdopodobniej uznasz mnie za mocno pokręconego, ale jestem przekonany, że gdzieś na świecie są dziesiątki osób całkowicie podzielających moje zdanie. Ponieważ tak jak ja otarli się o traumatyczne dzieciństwo. Dolina Muminków ze wszech miar sprawia wrażenie miejsca cudownego. Piękne zielone łąki, potężne bory i góry o ośnieżonych szczytach strzegące granic tego idyllicznego królestwa. Ptaszki ćwierkają, motylki zataczają chaotyczne kółka nad kolorowymi kwiatami. A co z głównymi lokatorami tego malowniczego habitatu? Tak ukochały sobie one ciepłe słońce, śnieżnobiałe obłoczki i szum strumieni, że swoją okolicą cieszą się tylko w tych najpiękniejszych miesiącach, a gdy nadchodzi zima, zapadają w sen. Żyć nie umierać. Dzieciaki zaś zgromadzone przed telewizorami mogą z uśmiechem na ustach obserwować rozwijający się młodzieńczy romans między Muminkiem a Migotką. Swoją drogą nadal czekam na wersję kinową, w której młodzieniec dotrzyma obietnicy i wreszcie pocałuje muszelkę ukochanej. Mała Mi jako chodząca wredota i wzór wszelkich zołz przygotowała maluchy do tego, że w życiu nie wszyscy będą dla Ciebie mili. Wszystko to układa się w niezwykle uroczy obrazek...do momentu, gdy zapada zmrok, temperatura spada, a nad ziemią unosi się gęsta i ciężka mgła. A z niej wyłania się ona...niepokojąca, przerażająca, powolna i wywołująca u dzieci histeryczny płacz Buka. Moja kuzynka była nią autentycznie przerażona. Myśl ta stale mnie bawi. Jedynie do chwili, gdy sam przypomnę sobie innych mieszkańców Doliny, a dokładnie – Hatifnatów. Buka była postacią tragiczną, pozbawioną bliskości, ciepła i miłości. Trochę ją rozumiałem, współczułem jej i może przez to trochę mniej się jej bałem. Czy ktoś jednak mógłby mi wyjaśnić, czym były plemnikopodobne stworki pozbawione kończyn, snujące się stadami przypominającymi sektę i wydające nieprzyjemne dźwięki? Nie mam pojęcia, co takiego biorą Finowie i co dokładnie siedzi im w głowach, ale muszą być to doprawdy niepokojące rzeczy. Czymś takim straszyć dzieci? Nieładnie.



Kinga: Z pewnością nie jesteś osamotniony, mnie też Muminki doprowadzały na skraj łóżka, głęboko pod kołdrę, byle tylko na nie nie patrzeć. I chociaż gdzieś po drodze lubiłam Włóczykija (czy to nie był przypadkiem pierwowzór łobuza, który rzekomo kocha mocniej?), najbardziej z całej bajki przerażały mnie… właśnie Muminki. Które wyglądają jak grupa trupiosinobiałych hipopotamów, poważnie chorych na raka czy coś jeszcze straszniejszego. Blade, z podkrążonymi oczami… Nic dobrego nie wyniknęło z tej bajki. Ale jako przykład – strzał w dziesiątkę.

W tym całym zestawieniu prawie zapomniałam o filmie, który wiele lat temu spędził mi sen z powiek na długie tygodnie. I to bynajmniej nie ze strachu, ale z powodu zbyt natrętnego wracania do niego myślami. Niezwykle przemyślany, szokujący, realistyczny i prawdziwy, choć niektórzy uznają go za przerysowany, dramat, który ja dziś mogłabym zakwalifikować jako psychologiczny. Wyrył dziurę w moim sercu prawie tak głęboką jaką tworzy igła wbijająca się w żyłę.

„Requiem dla snu”, choć już od dawna na emeryturze, nadal jest aktualny i wciąż wywołuje we mnie takie same odczucia – niepokój, obawę przed moralnym upadkiem, poczucie zagrożenia. W tej sytuacji też mocno wczułam się w sytuację bohaterów, zastanawiając się, co ja bym zrobiła na ich miejscu. Spokoju nie dają mi też te złowrogie jump cuty pojawiające się po każdej kolejnej zbawiennej dawce narkotyku. Jako synonim tego, co dzieje się wtedy z człowiekiem wypadają one niezwykle realistycznie, co potęguje we mnie nieprzyjemne doznania. To, co dzieje się z bohaterami, jak kończy się historia każdego z nich i jak fatalnie przebiega życie chyba nie do końca świadomej zagrożenia matki… Na samą myśl jest mi nieprzyjemnie, wylałam bardzo dużo łez w ramach kondolencji dla każdej z postaci. Niemniej jestem wdzięczna kinematografii za tę pozycję. Jest warta każdej sekundy tego poczucia niepokoju.

A główny motyw filmu, który na pewno wszyscy znają, nawet jeśli go nie widzieli, jest dla mnie chyba jeszcze większym udręczeniem niż intro „Z archiwum X”.



Redaktor Ego: Trudno mi uwierzyć w wyższość jakiegokolwiek motywu nad openingiem „Z Archiwum X”. Do tej pory czuję dreszcze, słysząc pierwsze nuty tego przerażającego majstersztyku. Może i po latach serial nie robi już tak dobrego wrażenia, ale czołówka działa tak samo mimo upływu lat.

Przerażające w założeniu powinno być również Halloween. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Trudno jednak nie ulec wrażeniu, że jest jedno z bardziej uroczych zwyczajów, jakie zagościły we współczesnym kalendarzu. Przede wszystkim jest to okazja do odczarowania śmierci i oddalenia obaw z nią związanych. Komercjalizacja, która dopadała święto, sprawiła, że urocze dzieciaki zakładają kostiumy swoich ulubionych bohaterów z filmów i gier, a następnie rozpoczynają polowanie na wszelkie słodkości. Wydrążone dynie uśmiechają się w kolorze tańczących płomieni, a wszelkie plastikowe ozdoby i gadżety bawią swoimi wariacjami na temat klasycznych horrorów. W Polsce przy tej okazji rozpoczyna się dyskusja na temat satanizmu i odwracania się od Boga. Zaraz za nią coraz częściej rozpoczyna się promocja naszych rodzimych Dziadów, nieco mniej radosnych i uroczych, ale przyjemnie swojskich. Mimo że wyjście po cukierki na miasto nie wchodzi już w grę, tego wieczoru maratony horrorów są obowiązkiem, a składanka Misfits na słuchawkach powinnością.
Właśnie w wyjątkowy halloweenowy wieczór, Timmy i Tia odnajdują w worku pełnym słodyczy kasetę VHS. Po niezbyt długich namowach opiekunka rodzeństwa zgadza się obejrzeć fragment zawartego na niej filmu. Zawiera on kompilację starych horrorów. Dzieciaki mogą zobaczyć satanistyczny rytuał seksualny, obrzydliwą dekapitację i mordercę na tylnym siedzeniu. Elementem wspólnym dla wszystkich nagrań jest bardzo nieprzyjemny clown (przy którym Pennywise jest wręcz uroczy). Taśma ewidentnie nie nadaje się dla dzieciaków, chociaż Timmy z niepokojącą wręcz fascynacją rysującą się na twarzy docenia artystyczny kunszt kolejnych ujęć. Film zostaje wyłączony, a dzieciaki muszą iść spać. Wszystko kończy się dobrze? Oczywiście, że nie. Clown bowiem okazuje się dodatkiem specjalnym do kasety i wkrótce wszystkim umili wieczór. Fragmenty dziejące się „naprawdę” wołają w filmie o pomstę do nieba lub przynajmniej wizytę Freddy'ego Kruegera. Wieje tam bowiem totalną amatorszczyzną i fatalną jakością, stąd też pewnie niskie oceny. Zdecydowanie lepiej w „All Hallows' Eve” wypadają stylizowane na lata 80 nagrania. Pełne nieprzyjemnej i niepokojącej aury świetnie oddały klimat klasyki gatunku.



Kinga: To brzmi jak swego rodzaju połączenie kilku horrorowych schematów, które osobno są zazwyczaj bardzo dobre, ale razem wcale nie muszą. Wiadomo – jak coś jest do wszystkiego to…
Na zakończenie odpuszczę już straszaki, które często powinny siać niepokój i niepewność i wrócę jeszcze na chwilę do komedii, czyli filmów z góry zakładających śmieszki i inne heheszki. Wspominałam, że ten gatunek nie zawsze musi rozbawić i tak też było w moim kolejnym przykładzie. Choć tutaj dziwną klasyfikację gatunkową można w pewien sposób usprawiedliwić.
Znając od naszych babć i dziadków czy nawet z podręczników szkolnych historię drugiej wojny światowej, wszystkie siniaki nabite naszemu krajowi, całą otoczkę polityczną wojennych wydarzeń, wszystkie pakty i sojusze, aż w końcu przebieg i jej zakończenie, sytuację Żydów (którzy wtedy w Polsce de facto nie byli mniejszością) zamkniętych w getcie i wszystkich spalonych w piecach dusz, czy chciałbyś, żeby teraz pojawił się ktoś o podobnych poglądach, co Hitler? O jego charyzmie i umiejętnościach retorycznych, których niestety nie można mu odmówić? Myślę, że nie.

A widzisz, Niemcy zrobili  z tego motywu film. „Er is wieder da” to historia Hitlera, który z jakiegoś powodu przenosi się do roku 2011 z całym dobrodziejstwem inwentarza – w swoim charakterystycznym płaszczu i ze wszystkimi swoimi poglądami. Początkowo jest odrobinę zdezorientowany, aby później stać się atrakcją turystyczną. Wszyscy bowiem biorą go za świetnego komika i parodystę. Hitler występuje w telewizji i nikt nie ma świadomości, że jego wypowiedzi nie są ani trochę przygotowanymi kwestiami aktorskimi. Z czasem dzieje się dokładnie to, co działo się w latach 30 – ludzie zaczynają mu wierzyć. Słuchać go i podążać ślepo jak zagubione owce za cudzym owczarkiem. Gość ma tę samą charyzmę, która kiedyś kazała wszystkim wierzyć, że mogą zawładnąć światem. I to jest tak cholernie niepokojące, tak samo jak zakończenie, którego Ci nie zdradzę. Oczywiście wjeżdża tu także motyw Żydów i cichej eliminacji hitlerowskich przeciwników. I trochę rozumiem, dlaczego ten film nazwany jest komedią. Jest niemieckiego pochodzenia, a Niemcy wojnę pamiętają trochę inaczej niż my. Dla nich powrót pana Adolfa jest dobrym żartem, dla nas – najgorszym koszmarem.



Redaktor Ego: Przytoczone przeze mnie filmy nie należą do szczególnie godnych polecenia. Wszystkie zapadły mi w pamięć głównie ze względu na okoliczności spotkania. Pierwszy raz podobno pamięta się do końca życia. Tak więc bardzo prawdopodobne, że wszystkich tych obrazków z głowy się nie pozbędę, a co za tym idzie, pozostaną ze mną wszystkie  nieprzyjemne wrażenia jakie wywołały. Byłem z siebie niezwykle dumny, gdy w końcu udało mi się przekonać moich rodziców o mojej dojrzałości i odwadze i przyprawić solennymi obietnicami, że nie będę budził ich później w nocy. Tym oto sposobem zacząłem oglądać pierwsze filmy dla dorosłych.

„Train: Rzeźnia na szynach” niewiele różni się od poprzednich tytułów. Jest obrzydliwy, odpychający i nieprzyjemny, lecz żadnym arcydziełem przy tym nie jest. Nie jest z całą pewnością również ani trochę odkrywczy. Grupa młodych amerykańskich sportowców (zaczyna się jak zawsze), po intensywnym świętowaniu zwycięstwa spóźnia się na swój pociąg, zmuszeni są dostać się do Odessy następnym (to nawet nie brzmi poważnie). Radosna kolejka, do której wsiadają, okazuje się daleka od disneylandowskiego ideału. Pracownicy składu, jak przystało na kinowe standardy, straszą swoją wschodnią aparycją i szybko udowadniają, że charakter mają równie zimny. Młodzi i wysportowani bohaterowie są idealnym źródłem narządów na handel, ukraińska „służba zdrowia” trzyma regionalne standardy i zapewnia swoim pacjentom warunki równie przyjemne, jak KGB amerykańskim agentom. Pociąg toczy się po dzikich polach, światła są przytłumione, a wnętrze wagonów pełne łańcuchów i klatek przypomina pierwszą stację na trasie do piekła.
Co takiego wyjątkowego było w tym filmie? Pozbawieni masek czy niezwykłych mocy, lecz wyposażeni w kastety, haki i kije baseballowe zwyrodnialcy wyglądali zupełnie prawdziwie. W ducha, demona czy mordercę z piekła trudno uwierzyć, wytatuowany bandyta to już całkiem inna sprawa. Byli oni realni, a zadawane przez nich okrucieństwa przez to bardziej prawdopodobne. Niejednokrotnie ich działania zahaczały o niezwykle niewłaściwe i odpychające (nawet jak na standardy slashera) pomysły. Rzeźnia na szynach przemierzająca wyglądający na nieprzyjemny i niegościnny kraj zapadła mi swoim okrucieństwem dość mocno w pamięć. Może dzięki temu, że rodzice nie mieli żadnych obiekcji, teraz mogę tak głośno śmiać się na horrorach, zawsze odnajdując w nich przynajmniej odrobinę przyjemności, nic bowiem mnie już nie zaskoczy, ani nie wywoła zniesmaczenia. Jeżeli tak – mamo, tato, dziękuję wam!



Kinga: Na tych przykładach jedyne co możemy zauważyć, to fakt, iż niepokojące może być dla widza wszystko, jeśli tylko zostanie odpowiednio obudowane albo uderzy idealnie w sam środek naszych lęków. Nawet, jeśli to komedia czy z pozoru niewinna bajka dla dzieci. Wszystko jednak wskazuje na to, że to wysokie napięcie, które możemy niemal zobaczyć w filmach, czasem potrafi się nam spodobać. Masochistycznie oglądamy dalej i więcej, żeby później móc na niego chwilę ponarzekać, ale ostatecznie uznać, że nie był taki zły. Albo był, ale kiedy przyszły nocne rozmyślania, nagle okazuje się, że może jednak jest w nim jakieś ziarnko prawdopodobieństwa. Może coś takiego przydarzy się i nam. Może niekoniecznie będzie nas ścigał upiorny clown czy skamielina Hitlera, ale znalezienie się poza burtą statku czy spotkanie nerwowego kierowcy na swojej drodze… To już brzmi całkiem realnie. I o te rzeczy powinniśmy się obawiać. Kiedy za młodu kwiczałam, że obejrzałam horror o duchach czy innych zombie i teraz się boję, zawsze powtarzano mi, że powinnam raczej bać się żywych, niż martwych.