Spora część populacji rozpoczyna teraz wakacje, ja po prostu kończę czerwiec, ale staram się zaplanować nadchodzące miesiące tak, żeby jak najlepiej odpocząć. Ten miesiąc zaczął się bardzo intensywnie, a kończy dość leniwie, przygotowując na nowe wyzwania. Pogoda, choć na początku nie rozpieszczała, teraz pozwala spokojnie wyjść z domu, bez ryzyka uduszenia się, przyklejenia do rozgrzanego asfaltu czy otrzymania w prezencie udaru mózgu, dlatego to idealna pora na świeżą porcję dobrych wibracji. Co więc dobrego w czerwcu?

1. Skończyłam sesję i to jeszcze zanim się zaczęła. Niewielkim wysiłkiem udało mi się zaliczyć wszystko przed terminem i teraz jestem prawie wolna. Prawie, bo nie może być za łatwo. Ale wszystko na dobrej drodze, egzaminom powiedziałam „adios, amigos”!

2. Mundialowe emocje, choć niestety szybko się kończą, nie tracę poczucia dumy, wiary i nadziei na kolejne mistrzostwa. W tym roku dałam się porwać magii kibicowania jak nigdy, schowałam fobię społeczną w buty i wybrałam się nawet na strefę kibica. W domu mamy już chyba wszystko – flagi, chusty z Warki, kubki z Błaszczykowskim, z Krychowiakiem, koszulki, kredki do malowania japy, opaski na rękę… Aż dziwne, że nie mamy jeszcze biało czerwonych kapsułek do prania. Ale przyznam, że to całkiem przyjemne, bo daje poczucie wspólnoty. Następne emocje już jesienią, na pewno tego nie przegapię.

3. Mój miniogród pnie się w górę – po tym, jak ususzyłam lawendę i kawałek bukszpanu, całą moją miłość przelałam na oregano, majeranek, mięte i bazylię. I ku mojej ogromnej radości, część z nich nadaje się już do dorzucania do potraw. Mam nadzieję, że zbuntowany majeran jednak się ogarnie i urośnie choć na kilka centymetrów w górę. A lawenda niech się wypcha.

4. Kawa jak marzenie – tyle czasu chodziłam dookoła kawiarek, żeby w końcu dać szansę kawie parzonej i nie topić wiecznie niewyspania w kubku rozpuszczalnej podrabianki. Z okazji końca sesji zrobiłam sobie prezent i teraz cieszę się smakiem prawdziwej mocnej kawy. I cieszę nim moich gości. Muszę się jeszcze tylko nauczyć odpowiednich proporcji, żeby unikać robienia sobie krzywdy lurą lub czarną śmiercią w płynie.

5.  Wincyj znajomych – chyba witamina D tak działa na moją fobię społeczną, że nie tylko spotykam się teraz więcej ze znajomymi, ale przede wszystkim robię to bez szczególnego namawiania. Siedzenie w domu jest oczywiście nadal moją największą pasją, ale najwidoczniej wystarczy trafić na odpowiednich ludzi. Wtedy nawet inicjowanie spotkań przychodzi niewiarygodnie łatwo, a wspólne kibicowanie zaczyna być hałaśliwie znośne. A kiedy Twój chłopak spędza pół etatu w pracy, a Twoim bezrobotnym motto jest „nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” i z nadmiaru czasu trzy razy dziennie sprzątasz całe swoje 45 metrów, nawet fobia społeczna może poczuć się lekko zmęczona.

6. Odkrycia popkultury – w tym miesiącu urzekł mnie przede wszystkim film Contratiempo, hiszpański thriller z kategorii „kto zabił”. Genialny fabularnie, technicznie, odpowiednio trzymający w napięciu. Bardzo obiecująco zaczyna się też inspirowany chyba niechcący opowieścią o Franku Underwoodzie Designateg Survivor, ale szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy go dokończę. Oglądanie seriali idzie mi jak krew z nosa. Odcinki trwające niemal tyle co filmy  powinny być prawnie zabronione. Dorosły człowiek nie ma aż tyle czasu. A jeśli ma, to znaczy, że something is zdecydowanie no yes.