UWAGA! Tekst może zawierać śladowe ilości spoilerów. Czytasz na własne ryzyko.

Kinga: W świecie kinematografii było już praktycznie wszystko – magia, eksperymenty medyczne, trudne sprawy, katastrofy, historie z piekła rodem, choroby psychiczne, kosmici czy wojny gatunków. Każdy temat i motyw został już przemielony po kilkanaście razy na wszystkie możliwe sposoby, dlatego coraz trudniej twórcom przekonać do siebie widza i zainteresować czymś naprawdę godnym naszej uwagi. Mamy też pełen przekrój jeżeli chodzi o stopień naszego zaangażowania. Są filmy, które możemy oglądać przez szybę samochodu podczas tankowania auta i jednoczesnego słuchania radia przez telefon, a i tak potrafimy je później streścić babci w całości, bo swoją prostotą i brakiem jakichkolwiek odniesień przebijają niejedną piosenkę disco polo. Gdzieś pośrodku, w granicach optymalności, mieszczą się te, które oglądasz podczas mycia naczyń, ale ryzykujesz w ten sposób utratę kilku istotnych faktów fabularnych czy takie, które operują skomplikowaną terminologią i wymagają od Ciebie skupienia. Ale są przecież też takie, w których od przeplatanki wątków boli Cie głowa, od nadmiaru sprzecznych informacji palą się synapsy, a pod koniec i tak okazuje się, że to wcale nie tak, jak myślisz. Ile razy zdarzyło Ci się oglądać film tylko po to, aby na końcu dowiedzieć się, że wszystko to jest iluzją, bo bohater ma podwójną osobowość albo że tak naprawdę w ogóle nigdy nie istniał? Jestem pewna, że znajdziesz co najmniej kilka filmów, w których przez 70% czasu nie wiesz, o co chodzi, żeby pod koniec dostać takim plot twistem w twarz, że przez kolejne pół roku wychwalasz ten film wszystkim znajomym, rodzinie, nawet kotu. Albo takie, które pomimo swojej zawiłości prowadzą Cię do przyjemnego momentu kulminacyjnego, po którym wszystko staje się bardziej zrozumiałe albo wręcz przeciwnie – prowadzą Cie do otwartego zakończenia, które możesz sobie dopowiedzieć jak tylko chcesz. Albo po prostu są zawiłe i trzeba się maksymalnie skupić, żeby potem na pytanie "o czym to było" nie odpowiedzieć "haj, ajm potejto".

Redaktor Ego: Od samego początku po mojej głowie zaczęły kołatać się kolejne tytuły, które pasują do Twojego opisu. W pierwszym szeregu, łaknące wygrzebania spod sterty innych wspomnień lub próbujące niepostrzeżenie wymknąć się z głęboko zakopanego pudełeczka z napisem „nigdy do tego nie wracajmy”, ustawiają się horrory. Ze względu na upodobania i gust, to właśnie z filmami grozy kojarzą mi się wszelkiego rodzaju zabiegi związane z przewrotnymi zakończeniami i niespodziewanymi wyjaśnieniami. Niestety w przeważającej ilości są to tytuły, których zaskakujące finałowe plot twisty, są najlepszym, a czasem jedynym dobrym elementem filmu. Po przemęczeniu się z żałosnymi zgonami, nielogicznymi zachowaniami i przygłupimi bohaterami na koniec otrzymujemy naprawdę smakowity kąsek. Niestety w tym momencie jest już za późno na ratowanie czegokolwiek. Podczas oglądania wyłączamy te partie mózgu, które akurat nie są nam potrzebne i w momencie wielkiego finału nasze styki są już tak przepalone, że nawet nie jesteśmy w stanie docenić kreatywności twórców. W ostatnim czasie w siłę zaczyna rosnąć grupa nietypowych horrorów, które pod tym względem czarują i zasługują na sprawność „to nie dla każdego”. One, chociaż zdecydowanie mniej licznie, ustawiły się w drugim szeregu. Jeżeli dorzucić do tego seriale, gry komputerowe czy książki można zorganizować sobie całkiem ciekawą wycieczkę po mindfu*kowym gabinecie osobliwości. Ważne jest teraz pytanie, czy przed wejściem powiesić ostrzeżenie o spoilerach, czy nie?

Kinga: Spoilerów prawdopodobnie nie unikniemy, choć postaramy się szalenie. Jak to mówią – przezorny zawsze ubezpieczony, dlatego na wszelki wypadek drobne ostrzeżenie nie zaszkodzi. Gorzej, jeśli sami nie widzieliśmy wzajemnych propozycji, bo niebezpiecznie zbliżamy się do „hej, a widziałeś ten film, co na końcu się okazuje, że gość ma schizofrenię?”. Dlatego apeluję o spoilerowanie z głową.

Na pierwszy ogień, idąc w myśl retorycznej zasady porządku nestoriańskiego, wyrzucę na stół bardzo mocną kartę, czyli film, o którym słyszałam już od dawna, ale nigdy nie miałam wystarczającej motywacji, żeby go obejrzeć (wcale nie bałam się, że mogę go nie zrozumieć). W końcu zaplanowałam sobie ambitny, mindfuckowy seans i tak – będę go polecać znajomym, sąsiadom, pani z Lewiatana i wszystkim napotkanym wiewiórkom. Zdarzyło Ci się kiedyś nie wiedzieć, o co chodzi przez półtorej z dwóch godzin i nudzić się jak mops z braku jakiejkolwiek akcji, a w ostatnich 30 minutach spaść z krzesła i nie żałować ani jednej zmarnowanej na słuchanie gadaniny minuty? Oglądać film, który jest jednym wielkim niedopowiedzeniem i nadinterpretacją?
To to jest właśnie „Vanilla Sky”.

Najbardziej niezwykłą rzeczą w tym dramacie psychologicznym jest to, że posiada tak wiele różnych interpretacji. Scenariusz nie prowadzi nas od początku do końca za rączkę, tylko pozwala zejść w boczne uliczki i błądzić wśród oderwanych od siebie wątków tak długo, jak tylko chcemy. Na deser dostajemy otwarte zakończenie, przez co możliwych teorii jest tyle, ile par oczu widziało film. Na początku stawiani jesteśmy w roli obserwatora. Nic innego nie pozostaje, tym bardziej, że historia sprawia wrażenie całkiem zwykłego melofilmu dla wrażliwych dusz. Elementy dezorientacji można dostrzec jedynie w szczegółach. Z czasem pojawia się wrażenie, że coś tu jest nie tak, może trochę nielogicznie, może niechronologicznie, a może to wizja szaleńca? Sami nie wiemy, każda opcja jest teoretycznie możliwa. I to jest najlepsze, bo gdy zakończenie uderza nas jak hiperciężkie nowojorskie powietrze, nie pozostaje nam nic innego, jak z otwartą japą przeglądać kolejne fora i kolejne teorie, z których absolutnie wszystkie mogą być zgodne z wizją reżyserską. O ile taka wizja w głowie twórców w ogóle kiedykolwiek istniała.



Redaktor Ego: Skoro zaczęłaś od naprawdę dobrej karty, nie pozostanę Ci dłużny i rozpocznę równie mocno.

Nie oszukujmy się. Uwielbiamy oceniać wszystko na pierwszy rzut oka i opierać swoją opinię po pierwszym wrażeniu. Jest to dość naturalny odruch i często naprawdę trudno nam szybko wyrobione zdanie zmienić. I dotyczy to w takim samym stopniu zarówno ludzi, jak i filmów. Gdy nowy tytuł wyłamuje się ze schematów i wymyka się pewnym standardom, często jesteśmy rozczarowani, bo zwiastun zapowiadał coś standardowego. W przypadku, gdy film z zapowiedzią się pokrywa, to wtedy się dąsamy, że znów dostaliśmy to samo (ale już chyba taką mamy naturę). Niemniej zaskoczeni nowatorskimi pomysłami, zamiast się nad nimi zastanowić i podjąć próbę ich rozszyfrowania, zaczynamy kręcić nosem, a do wszystkiego zaczynamy przylepiać naklejkę artystycznego bełkotu autor. Rozczarowani swojego zdania nie zmienimy i już! Trochę jak obrażone dziecko, którym i mi zdarza się być.

Wybierając się do kina, nikt nie lubi słuchać od innych wskazówek w stylu „skup się na tym” lub „obserwuj tego bohatera”, a dla osób, które w czasie wspólnego oglądania doprowadzają innych do wściekłości słowami „uważaj, teraz będzie dobre” w piekle przygotowany jest specjalny kocioł z wolno gotującą się smołą. Są jednak takie przypadki, w których wskazówka od oglądających wcześniej możne uratować nam cały seans i sprawić, że spojrzymy na film zupełnie inaczej. Wręcz wzorcowym przykładem jest "mother!". Dystrybutor filmu niczym krowie na granicy wymalował na stajennych wrotach wielkimi literami, że to Horror. Gdy z każdą kolejną minutą na ekranie zaczynają jednak dziać się coraz dziwniejsze i bardziej abstrakcyjne rzeczy, zaczynamy się zastanawiać, co tu się właściwie wyprawia. Zewsząd podnosi się krzyk, bo przecież miały być duchy, morderca w masce albo przynajmniej jakaś krwawa klątwa. Wystarczyło jednak, że dobre dusze przed seansem dały znać, że warto doszukiwać się nawiązań do Biblii. W tym momencie film, w którym na korytarzu dochodzi do zbrojnej pacyfikacji agresywnej demonstracji, a w salonie niczym dopasowane meblościanka stoją klatki z niewolnikami, stał się naprawdę ciekawy i wciągający. Zupełnie jakby zamiast ekranizacji książki, ktoś podjął się przeniesienia na ekran wiersza, ale takiego, w którym błękit zasłon symbolizuje coś więcej niż błękit zasłon. Metafory ścielą się gęsto jak trupy w porządnym shlasherze, a interpretacja pozostaje w naszych rękach i to bez obaw o klucz. Chociaż autor wyraźnie daje do zrozumienia, jakie byłoby oczekiwane odczytanie, to pozostawia nam całkiem sporo swobody. Chociaż w czasie zmagania z lekturą „mother!” wymęczyłem się tak jak podczas niezapowiedzianej kartkóweczki, to pierwszy raz było to przeżycie godne zapamiętania.



Kinga: Fakt, wieczna kąpiel w smole brzmi jak bardzo łagodny wyrok dla takich bestii. Choć niektórzy lubią spoilery, ale tacy to raczej pasują do Arkham niż do piekła. Czasem faktycznie dobrze dostać drobną wskazówkę, choć ja i takich nie lubię. Gdybym dostała polecenie oglądania „Mother!” z myślą o kontekstach biblijnych, nie potrafiłabym go oglądać z innej perspektywy i uważam, że straciłabym sporo na własnej interpretacji. Albo lepiej stracę, bo ten film nadal jest przede mną.

Producenci filmów lubią motyw zagadki kryminalnej. Ktoś gdzieś ginie, jest jakiś krąg podejrzanych, a wraz z kolejnymi minutami cała sytuacja powoli, stopniowo się rozjaśnia, a my jesteśmy usatysfakcjonowani, że morderca został złapany. Albo zszokowani, że to akurat ta osoba. Zazwyczaj – mała wskazówka od fana Scooby-Doo – winny okazuje się ktoś, kto pojawił się na ekranie raz, w porywach do trzech. Co innego, gdy w kręgu podejrzanych znajduje się tylko kilka osób, bo na przykład zabójstwa dokonano w mieszkaniu, do którego klucz miały jednostki. „Loft” jest właśnie taką historią. Jej zakończenie swoją drogą, ale najbardziej absorbujące w nim jest to, że w większości oparty jest na retrospekcjach. Przecież jakoś do tej prawdy trzeba dojść, a sama relacja bohaterów byłaby nudna jak rozprawa sądowa. O ile dobrze pamiętam, zdarzyło się też, że jedna historia opowiedziana jest z perspektywy kilku bohaterów, co wprowadza dodatkowy chaos. Twórcy chcą, aby w naszej głowie co chwilę pojawiał się nowy główny podejrzany – jeden z pięciu przyjaciół, którzy w swoim apartamencie znajdują zwłoki bardzo atrakcyjnej kobiety, którą de facto wszyscy znają, lepiej lub gorzej. W apartamencie, który wspólnie kupili, żeby zdradzać swoje żony, więc martwa kobieta w ich pozbawionej kręgosłupa moralnego pościeli zupełnie nie była im na rękę. Obserwujemy więc grupę podwójnie zestresowanych facetów, którzy nawzajem się obwiniają i wyciągają z kapelusza kolejne fakty. To prowadzi do psychologicznej dyskusji pod tytułem „kto najlepiej będzie sprawiał wrażenie niewinnego”. Zakończenie jest jednocześnie oczywiste i nie, bo pojawia się w głowie mechanizm zastanawiający się „czy to mogło być takie proste”, a jednocześnie okazuje się, że motywacja mordercy jest absolutnie nieprzewidywalna. Abstrahując od tego, „Loft” to znakomita mieszanka różnych osobowości, konfrontacja wielu profili psychologicznych. A fabularne zawiłości mogą być upierdliwe, ale jednocześnie szalenie potrzebne. W sytuacji, w jakiej postawieni są nasi bohaterowie, każdy z nas zachowywałby się tak samo. Chaotyczny scenariusz jest tu jak samo życie. Oczywiście zakładając, że postanowilibyśmy kupić loft w celu prowadzenia podwójnego życia i dzielenia go z czterema ziomkami.



Redaktor Ego: Wśród „nowej fali horrorów” nieco mniej przewrotnymi scenariuszami mogą się nieśmiało pochwalić filmy takie jak „Zabicie Świętego Jelenia” z chłopcem, który za pomocą swojego uroku i niewyjaśnionego voodoo zniszczył dość spokojną rodzinę czy oscarowe „Get Out” z rasizmem, który okazał się poniekąd gloryfikacją czarnych. Niestety obawiam się, że w tym momencie skończyły mi się w tej kategorii świetne filmy, a reszta to raczej przeciętniaki, których odbiór zależy raczej od cierpliwości i tolerancji. Zanim jednak sięgniemy do półki, na której obok halucynogennych grzybków znaleźć możemy kreatywnie wykorzystaną piłę, wystrzeliłbym nas w kosmos.

[spoiler alert - w sumie to tylko gra, więc nie powinniście się przejmować]

Wyobraź sobie, że jesteśmy na stacji kosmicznej tak blisko, a zarazem tak daleko bezpiecznej Ziemi. W momencie, gdy budzimy się jako jedni z nieliczni żywych pracowników wielkiego badawczego kompleksu, zaatakowanego przez obce i niebezpieczne formy życia. Szanse na wyciągnięcie własnego tyłka z takiej opresji graniczą z cudem lub są po prostu niemożliwe. Nawet zdając sobie sprawę z fatalnej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, trudno jest wyłączyć nasz instynkt samozachowawczy i w akcie desperacji chwytamy za wyrzutnię szybko twardniejącej pianki uszczelniającej oraz klucz francuski i próbujemy jakoś przetrwać. W ostateczności zaś możemy podrasować własny mózg „koktajlem genów z obcego”, wbijając sobie ogromną igłę w oko – czegóż się nie robi, by przeżyć. Stacja Talos I to kosmiczna placówka badań i rozwoju zawieszona bezpiecznie na ziemskiej orbicie. Chociaż klimatem i wystrojem wnętrza nie dorównuje ona takim statkom jak Nostromo czy Pandorum to lokacje pełne niebezpiecznych i podstępnych tyfonów sprawiały, że grając w „Prey”, stale można było czuć dreszczyk zagrożenia. Który po kilku godzinach rozgrywki kończył się zakwasami od napinania mięśni w gotowości do działania i obawy, że zaraz coś będzie się chciało do Ciebie boleśnie przylepić. Gra świetnie przygotowana i rozpisana, daje nam dużą swobodę w realizowaniu zadań, wymaga od nas pomysłowości i zostawia na koniec wiele możliwości zakończenia, już sama w sobie zasłużyła na mnóstwo gwiazdek. Jednak twórcy uznali, że wielokrotne i dotkliwe skopanie mi dupy w czasie wielogodzinnej rozgrywki to zdecydowanie za mało. Finał sprawia, że oczy z niedowierzania mało nie wyskoczyły mi z orbit i nie poturlały się z charakterystycznym i spowolnionym bum, bum, bum z biurka na podłogę. Wszystkie starania bowiem okazały się testem, cała męcząca sytuacja symulacją, a bohater... no dobra może nie zdradzę wszystkiego. Było to coś, czego absolutnie się nie spodziewałem, a najgorszym elementem całego zabiegu jest to, że już nigdy więcej nie zrobi to na mnie takiego wrażenia.



Kinga: Ostatnim stwierdzeniem trafiłeś w sedno – znając zakończenie już nigdy nie obejrzymy / nie zagramy / nie przeczytamy tego z takim zafascynowaniem, jak zrobiliśmy to po raz pierwszy. Mam w pamięci kilka takich filmów, o których bardzo chciałabym zapomnieć, żeby móc je obejrzeć jeszcze raz.

Wracając na chwilę do otwartego zakończenia, muszę przyznać, że największą krzywdę zrobił mi pod tym kątem „Prisoners”, przetłumaczony na polski z jakiegoś powodu jako „Labirynt”. Znów wjeżdża motyw sprawy do rozwikłania (monotonia to ja), tym razem jednak mamy walkę ojca porwanej dziewczynki z niedołężnością – w jego mniemaniu – wydziału kryminalnego. Kolejne wątki wprowadzają coraz to większy bałagan, każda z postaci wydaje się być na równi podejrzana, a w konsekwencji w ogóle nie wiemy, co się dzieje. W filmie sporo jest elementów, które twórcy wprowadzili, żeby zmylić naszą uwagę i uśpić czujność – dokładnie tak jak pojawiający się, niepokojąco wyglądający bohaterowie. Film przez cały czas trwania trzyma w niebezpiecznym bezdechu, atmosfera jest tak napięta, jakby w każdej chwili miała pęknąć jak zbyt mocno nadmuchany balon. W pewnym momencie fabuła staje się tak zagmatwana i poplątana, że sami nie wiemy, po której stronie barykady chcemy stanąć. No i powraca temat zakończenia. Generalnie nie przeszkadzają mi te otwarte w przypadku „Vanilla Sky”, innych moich propozycji czy jakichkolwiek innych filmów, jeżeli zakładają mnogość interpretacji czy zakończenie, które możemy sobie sami dopisać. Ale kiedy takie sugeruje, że historia bohaterów zakończyła się dobrze albo źle – przepraszam, wysiadam. Nadal nie mogę przeboleć jednej z dwóch zaproponowanych po cichu wersji, choć film widziałam dawno. Choć wiem, że są osoby, które pewnego detalu nie wyłapały i tutaj mała wskazówka ode mnie, jeśli chcesz pozastanawiać się razem ze mną, co się wydarzy dalej – wytęż słuch. Bardzo mocno.



Redaktor Ego: Prowadzenie dochodzenia w skomplikowanej sprawie nie jest zadaniem łatwym. Jednak pomysł w którym „tym złym” okazuje się „ten dobry” czasem zaś „ten, którego nikt nie zauważał” jest dość często i gęsto wykorzystywany w kryminałach. Żeby nie szukać daleko, taki zabieg podano mi w „The Frankenstein Chronicles” z Seanem Beanem. Nie umniejszając pod żadnym pozorem „Labiryntowi”, detektywom i kryminalnym plot twistom, muszę jednak zauważyć, że o wiele bardziej problematyczne są podróże w czasie.

Mając jak najlepsze intencje zabicia Hitlera bądź powstrzymania jakiejś wielkiej katastrofy, budujesz wehikuł czasu. W momencie, gdy ostatnia śrubka jest na właściwym miejscu, odpowiednio dobrane chromowe części wypolerowane są na wysoki połysk, a ekspres do kawy komponuje się kolorystycznie z obiciem na podłokietnikach, zaczynają się pierwsze problemy. Zaraz pojawi się ktoś, kto zacznie zadawać niewygodne pytania w stylu „a co będzie, jeżeli cofniesz się w czasie i zabijesz swojego dziadka?”. Chcesz dobrze, ale rodzi się wiele teoretycznych problemów, których rozwiązanie niestety diagnoza zawsze jest taka sama. Paradoks czasu, a co za tym idzie rozszczepienie wszechświata lub jego zapadnięcie. Okazuje się, że Twoje marzenie z dzieciństwa o zobaczeniu prawdziwych dinozaurów w najlepszym przypadku prowadzi do anihilacji rzeczywistości. Mimo ogromnego zagrożenia, kolejni nierozważni bohaterowie podejmują ryzyko i wyruszają w podróż przez czas. Największą frajdę w tym wszystkim sprawia mi obserwowanie historii, która okazuje się upartą zimną suką. Niezwykle fascynujące jest fakt, że to podjęte przez bohatera działania zawsze prowadzą do wydarzeń, których nadejście chciał powstrzymać. Do porządnego zawrotu głowy wystarczy podróż do jednego punktu na linii czasu. Niemcy jednak od zawsze lubią robić wszystko „bardziej” i na wiele frontów. Wyprodukowany przez nich serial „Dark” to mroczne „Stranger Things” dla dorosłych, w którym nakładają się na siebie wydarzenia nie z dwóch, ale aż z czterech różnych czasów. W małym miasteczku młodzież na co dzień musi się zmagać z problemami w stylu „nie możemy być razem, bo Twój młodszy brat będzie moim ojcem. Liczba wątków i skomplikowanych relacji między postaciami robi się stopniowo tak skomplikowana, że twórcy postanawiają podać nam pomocną dłoń i kilkukrotnie dość wyraźnie pokazując, kto jest kim. Zdradza to niezbyt wysokie mniemanie o intelekcie widzów, a przynajmniej mogłem oglądać bez konieczności robienia pomocniczych notatek.



Kinga: Brzmi, jakbym miała potrzebować obejrzeć każdy odcinek co najmniej dwa razy. Aczkolwiek takie produkcje są równie potrzebne, im więcej musimy sami pojąć, tym lepiej dla naszych zwojów mózgowych.

Po tym, jak zdradziłam Ci jedną z moich propozycji, zapytałeś mnie „gdzie w tym widzisz zawiłość?”. Nie ukrywam, poczułam się skonsternowana, bo ten film przyszedł mi do głowy jako pierwszy. W konsekwencji sama zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście to ma sens. A potem przypomniałam sobie ten film i czas, jaki z nim spędziłam, przypomniałam sobie genialną rolę Jamesa McAvoya i ostatnią scenę tego filmu i chyba jednak spróbuję udowodnić Ci zawiłość scenariusza.

Słyszałam już od Ciebie kilka razy, że „Split” nie powinien być niezrozumiały dla kobiet, które na co dzień operują kilkoma (lekką ręką licząc) różnymi osobowościami. A jednak. 23 osoby upchnięte w jednym człowieku, który operuje nimi tak płynnie jak mistrz tańca towarzyskiego operuje kolejnymi elementami choreografii – dla mnie to wystarczający powód do podziwu. A do tego człowiek ten ma umiejętność ekspresowego przebierania się na potrzeby kolejnych osobowości, co ma jednocześnie irytujący wymiar nierealności, ale też stanowi ciekawy element fabuły. Życzyłabym sobie takiej supermocy, zwłaszcza rano, gdy przypadkiem drzemka się nie odezwie, a ja pięć minut przed wyjściem staje przed szafą, w której powinien zamieszkać pies przewodnik.

Sporo miejsca na własną interpretację i szereg teorii spiskowych pozostawia też zakończenie – nawet nie wiesz, jak wiele najdziwniejszych wersji dotyczących nowego uniwersum słyszałam i czytałam po obejrzeniu tego filmu. Część jest ekstremalnie absurdalna, część całkiem możliwa i będę się naprawdę dobrze bawić, jeśli faktycznie okaże się zgodna z prawdą.



Redaktor Ego: Zdolność stworzenia w jednym filmie kilku tak różniących się osobowości dysponując tylko jedną twarzą, w wykonaniu McAvoya imponuje. Chociaż w filmie widzimy zaledwie kilku lokatorów jego chorej i tłumnej psychiki, to jestem całkowicie przekonany, że poproszony o zaprezentowanie kompletnej listy obecności nie miałby z tym najmniejszego problemu. „Split” w takim przypadku nie robiłby już tak dobrego wrażenia.

Jeżeli chodzi o dobre wrażenie, pragniemy, aby nasza książkowa półka robiła jak najlepsze. Niespełnionym marzeniem czytelnika jest posiadanie prywatnej i w pełni reprezentacyjnej biblioteczki, na której znajdowałyby się same najlepsze tytuł, a skompletowanie jej nie wiązałoby się z bliskimi spotkaniami ze wszelkimi średnimi i fatalnymi pozycjami. Marzenie ściętej głowy. W końcu nie wypada nam oceniać książki po okładce i nieraz na własne oczy musimy się przekonać, jaka jest w środku. Nadzienie nie zawsze jest apetyczne, niesmak pozostaje, a nam raczej nie wypada mówić później, że nie mieliśmy z nią do czynienia. Mimo tego, że dążymy do spełnienia fantazji, dobrze jest mieć na swojej „Liście Ksiąg Obowiązkowych” takiego autora, którego po prostu dobrze nam się czyta, nawet jeżeli zdajemy sobie sprawę z tego, jak wiele można by było mu zarzucić. Uwielbiam sięgać po Mastertona, chociaż tworzenie ciekawych postaci i wielowątkowych historii nie jest jego mocną stroną. Stephen King to naprawdę świetny facet, chociaż doskonale wiem jak łatwo go wypunktować za to, że jest uporządkowany, dokładny i nieco ugrzeczniony. Dorzuciłbym do tego Piekarę, Butchera i kilku autorów piszących powieści z uniwersum Star Wars. Na koniec zostaje zaś Samotnik z Providence. Opowiadania Lovecrafta są po prostu zachwycające, a na ich cudowność składa się niezwykły klimat i styl narracji, jaki autor prowadzi w większości z nich. Wystarczy jednak trochę ochłonąć i okazuje się, że z HP jest niezły cwaniak. W końcu nie musiał on wysilać się w kreśleniu skomplikowanych opisów wyobrażonych stworów, skoro wystarczyło, że określił je nieopisywalnymi. Te zaś które zdecydował się przybliżyć, składały się zazwyczaj z całej masy obślizgłych macek i odrostów, które przypominały seksualne fantazje miłośnika ośmiornicowatej odmiany hentai. Niezbyt różnorodna pod względem motywów, lecz pełna niedopowiedzeń i nieostrości twórczość Lovecrafta stała się w ten sposób niepowtarzalna, a niczym nieograniczona i perwersyjnie pobudzona wyobraźnia czytelników na przestrzeni dziesięcioleci wytworzyła ogromny panteon wymykających się jakimkolwiek opisom obrzydliwości. Niesamowite jest również to, w jaki sposób autor układa swoje historie. Wiele opowiadań kończy się lub w całości tworzonych jest na kolejnych niedopowiedzeniach. Czy obrzydliwe i zaprzeczające naturze kolejne potworności są jedynie tworem dręczonego gorączką umysłu, oznaką pogłębiającego się wariactwa lub ułomności zmysłów, przewidzeniem, sennym koszmarem czy może prawdą ukrytą w zakamarkach niedostępnych dla ludzkiego rozumy? Takie opowieści budzą we mnie prawdziwe przerażenie.



Kinga: Wiem doskonale, o jakim rodzaju przerażenia mówisz. A taka biblioteczka, zwłaszcza wypełniona tymi autorami, mogłaby okazać się poważnym zagrożeniem dla naszego zdrowia psychicznego. Ale czy to nie byłoby przyjemne szaleństwo?

Mocnego kandydata wypuściłam na wybieg na samym początku, więc i koniec nie może pozostawić Ciebie i naszych czytelników w poczuciu niedosytu. Przy okazji oscarowych gali często da się słyszeć gdzieś po kątach „szkoda, że X nie wygrał”, „Ten Y to zasłużył na Oscara, dziwne, że go nie dostał”, i tak dalej. Na pewno znasz takie filmy. A ile znasz takich, o których od kilku lat mówi się, że powinny dostać Oscara, pomimo że nigdy nawet nie zostały nominowane?

Od 8 lat „Shutter Island” to wciąż swego rodzaju szlagier wśród dramatów psychologicznych. Może nie będzie nigdy tak dobry mindfuckowo dla mnie jak „Vanilla Sky”, ale za każdym razem trzyma mnie blisko przy ekranie, a to wyjątkowy dar, jeśli jesteś osobą, która w czasie oglądania filmów lubi się czymś zająć. „Wyspa tajemnic” to historia szeryfa federalnego i jego pomocnika, którzy przypływają do odizolowanego trującym bluszczem od świata szpitala dla psychicznie chorych przestępców. Mają oni odnaleźć jedną z uciekinierek. W trakcie filmu pojawia się masa postaci, bohater gubi się w ilości zeznań i teorii spiskowych, jakie wobec szpitala mają pacjenci. I w nas pojawia się poczucie, że something is no yes, ale nie mamy żadnego punktu zaczepienia, bo każda z wersji może okazać się prawdziwa. Do pewnego momentu, bo niestety zakończenie bardzo szybko robi się przewidywalne, jeden z motywów zdradza nam najbardziej prawdopodobną opcję, ale mimo to film na koniec jest dla nas zaskoczeniem przez całą jego obudowę. Cały czas dzieje się coś nowego, wjeżdża jakiś nowy wątek, nowa postać i już sami nie wiemy, co jest prawdą, a co twórcy chcą, żebyśmy za tę prawdę uznali. Z takim poczuciem niepokoju też film nas zostawia, zakończenie (mimo przewidywalności) wbija w fotel i potem przez długi czas męczy komplet naprawdę natrętnych myśli – a co, jeśli wszystko jest iluzją? I to pytanie nie jest spoilerem. A może jest? I choć zakończenie tego filmu jest (w końcu) jedno, kompletnie nie przeszkadza to mu w byciu psychologicznym strzałem w pysk.



To, co przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o naszych dzisiejszych przykładach, to hasło „patrz szerzej”. I w kontekście tego, o czym pisaliśmy i jakie mamy odczucia wobec prezentowanych przez nas dzieci psychologicznej popkultury, wydaje się być ono najbardziej trafne, przy okazji jest świetnym apelem do osób, które uważają tego typu filmy czy książki za głupie, bo po prostu przekaz do nich nie trafił i pochłaniały wyłącznie pierwszą warstwę fabularną. Patrzmy szerzej, moi drodzy, interpretacyjny diabeł może i niekiedy tkwi w szczegółach, ale przede wszystkim rozproszony jest dookoła. A razem z nim świetna rozrywka, bo zaskakujące plot twisty, zawiłe, często pozbawione chronologii wątki i dialogi powodujące, że myślimy „a może to ze mną coś nie tak” to najlepsza forma intelektualnego odpoczynku.

Redaktor Ego: Na koniec możemy przejść do nieszczęsnych horrorów, o których wspomniałem na samym początku. Wśród nich zaś można odnaleźć wszystkie możliwe warianty wykorzystania pokręconych scenariuszy i udarotwórczych plot twistów. Myśląc o tych całkiem udanych, do głowy przychodzi mi historia poczciwego staruszka chorego na raka, który postanawia dać młodym jeszcze ludziom życiowe lekcje i okazję odpokutowania swoich grzechów. Głównym celem serii „Piła” jest zaspokojenie nieco dewiacyjnych potrzeb widzów i od lat stara się swoje zadanie realizować. Poza nieprzyjemnymi zmaganiami z kolejnymi pułapkami seria wielokrotnie w zakończeniu nieźle namieszała, a największym zaskoczeniem był finał części drugiej. Sam staruszek Kramer nie dość, że przebiegły i pomysłowy, to zdarzało mu się być całkiem sympatycznym. W końcu nieraz informował swoich gości, w jaki sposób mogą się uratować. To przecież nie jego wina, że znajdujący się pod presją źle interpretowali jego słowa.



Wszystkie tytuły, które nas angażują, zasługują na pochwałę i wielkiego plusa. Przecież nie zawsze chodzi jedynie o wpatrywanie się w ekran czy kolejne strony dla zabicia czasu i przechodzenia z bohaterami od punktu A do punktu B. Nie znoszę, gdy coś odrywa mnie od filmu czy książki, jednak najlepsze tytuł, z jakimi do tej pory miałem do czynienia to właśnie te, które powodują, że muszę zrobić sobie przerwę i przed dobre kilka minut mrugać z niedowierzanie, nie mogąc do końca przeżyć tego, co właśnie zobaczyłem. Nie zawsze skomplikowane układy gimnastyczne z udziałem scenariusza wychodzą doskonale, czy też w ogóle zjadliwie. Z całą pewnością zapadające mocno w pamięć, bo gdy w ostatnich minutach filmu zdajesz sobie sprawę, że wszystko, co do tej pory widziałeś, nie było właściwie tym, czym się wydawało. Może towarzyszyć temu poczucie zaskoczenia lub zniesmaczenia, na pewno poczujesz się zrobiony w konia, a o tym trudno zapomnieć.