Końcówka maja to zawsze przedmieścia letniego czasu. Słońce zalewa świat, wyparzając dziury w dobrym samopoczuciu, pracodawcy wymagają zaplanowania urlopów, wszyscy dookoła brzęczą, gdzie to pojadą tym razem i za ile, niektórzy szukają jakiejś mniejszej lub większej fuszki na wakacje, żeby w myśl zasady polskiego hygge jakoś to było. Temperatura odczuwalna jest równa tej, która sprzedaje Ci lapsa w pysk za każdym razem, kiedy otwierasz nagrzany piekarnik, a znaczna część społeczeństwa z radością poci się w autousach w ubraniach ze sztucznych materiałów, tak idealnych na lato.

Ale przecież w maju też może zdarzyć się coś dobrego.

Tak sobie myślę, że powrót do regularnego blogowania może okazać się hiperwyzwaniem, jeśli się od jakiegoś czasu ma zapewniony wpis co dwa tygodnie, fejsbuk nie kwiczy o braku nowych postów, a wolny czas fajniej przeznaczyć na robienie niczego, niż na robienie czegoś. Niemniej jednak systematyczność i organizacja sobie czasu pracy może też być dobrą terapią, jeśli się tego czasu (zwłaszcza na bzdurne myślenie) ma stanowczo za dużo. Dlatego wracam nie tylko z felietonią, ale też z seriami i może kilkoma urozmaiceniami. Na dobry początek dobre wibracje, czyli kolejny odcinek z serii co dobrego.

Są takie miesiące, że niewiele dobrych rzeczy się dzieje, a mimo to jak już człowiek usiądzie i zacznie wpisywać coś, nierzadko na siłę, okazuje się, że nawet drobiazgi mogą cieszyć. A gdy lista zapełnia się kolejnymi mikrosukcesami, od razu jakoś lepiej na duszy. Dlatego nie ma co się spodziewać po tych postach fajerwerków, ale ta seria pomaga mi dostrzegać pozytywy w małych sprawach. A zatem let’s go z tym koksem!

Różnego rodzaju nalia – Lublin obfituje w studenckie imprezy. Juwenalia, Kozienalia, Kulturalia, jakieś Medykalia i inne -nalia i -niady. Jedne lepsze, inne gorsze, ale trzeba przyznać, że w dużej części miasto się naprawdę postarało. Zarówno organizacyjnie, jak i w kwestii doboru wykonawców. Tak naprawdę dla każdego było coś. I to jest wyjątkowo akceptowalne społecznie.

 Praca magisterska, es geht los! – nie sądziłam, że znajdę jakiś satysfakcjonujący mnie temat pracy po tym, jak wszystko, co miałam do zaoferowania, wystrzelałam w obszernym licencjacie. A jednak udało mi się znaleźć (mniej więcej) wspólny język z moją promotor, temat powoli się klaruje i niedługo będę mogła zacząć klepać pierwsze rozdziały. A co z tego wyjdzie – się zobaczy. Póki co jest dobrze.

Samoistny kurs organizacji – maj okazał się miesiącem nawału pracy. Koniec semestru, chaos związany z magisterką, zajęte weekendy i ogólna katastrofa. Z obawy przed brakiem czasu na sprawy najważniejsze i przed przedawkowaniem słodkiej jak pralinka prokrastynacji, instynktownie przeorganizowałam sobie miesiąc, dzięki czemu – o dziwo – zdążyłam ze wszystkimi zadaniami, które w tym miesiącu miałam do wykonania. I okazało się, że taka organizacja czasu i szybki kurs samodyscypliny ufundowany przez samo życie, mogą okazać się całkiem przyjemne. Naprawdę, sama się sobie dziwię, że ze wszystkim zdążyłam. I tak na marginesie – w nawale pracy nic tak nie cieszy jak wygospodarowanie kilku minut na relaks.

Więcej spotkań ze znajomymi – w końcu udało mi się dobrowolnie wyjść z domu. To nie tak, że nie lubię towarzystwa innych ludzi. Po prostu najbardziej odpowiada mi własne. Ale no umówmy się – nie można tak do końca zdziczeć, dlatego postanowiłam, że więcej czasu poświęcę znajomym i przestanę w końcu udawać, że w przerwach między zajęciami mam coś hiperważnego do zrobienia, poczym schowam się w Coście za dużym kubkiem latte i wlepię twarz w kalendarz albo telefon. Czasem dobrze jest z kimś porozmawiać, a jeśli towarzystwo jest przednie – nie ma lepszej terapii dla lubiących samotność. A i latte smakuje wtedy równie dobrze.

Pożywna dawka witaminy D – zima to jednocześnie czas idealnej temperatury i najgorszego samopoczucia ever. Brak wystarczającej ilości witaminy D mimo suplementacji daje mi się zawsze we znaki, łamiąc mnie w psychicznych kościach. Dół goni dół, dlatego też cieszę się, że w końcu wyszło słońce i mogę naturalnymi metodami podnieść się na duchu. A jeszcze bardziej cieszę się z tego, że mój balkon jest w jakiś magiczny sposób ulokowany tak, że nigdy nie odczuwam na nim upałów. Czego chcieć więcej?

Koniec szlabanu – na początku miesiąca dostałam od lekarza stanowczy zakaz jedzenia nabiału przez miesiąc. I nie licząc tych pysznych serniczków z Ikei i białej kawy, bez której serniczek nie smakuje, wywiązałam się z tego zadania jak z żadnego innego narzuconego mi przez służbę zdrowia. I jakkolwiek by ta miesięczna dieta działała czy nie, najlepsze w niej jest to, że już się skończyła. Że teraz mogę rzucić się na serek wiejski, makaron z sosem śmietanowo-szpinakowym i pierogi od babci. A na kolejnej wizycie powiedzieć, że wyeliminowanie nabiału nic mi nie dało. Są pewne granice poświęcenia. Jogurty z kawałkami owoców to sens istnienia. Zaraz po kawie i serniczku.

Udana reanimacja paznokci – po tym, jak jeszcze zimą osiągnęłam poziom intelektualny równy mentalności lamy i spiłowałam swoje paznokcie od góry prawie do zera, chcąc zapewnić jak najlepszą przyczepność hybryd, w końcu udało mi się je odbudować, i to nie rezygnując tak bardzo z manicure hybrydowego. Jestem z siebie naprawdę dumna i gdyby ktoś potrzebował rady – zapraszam. Uratuję naprawdę beznadziejne przypadki! Nawet, jeśli Twoje paznokcie uginają się pod ciężarem bieżącej wody.

A co Ciebie dobrego spotkało w maju?