Kinga: Przy okazji premiery nowych "Avengers", mogliśmy znów obudzić w sobie dziecko. Tuptaliśmy w miejscu, żeby już zobaczyć najnowszą produkcję Marvela i - jak to ładnie nazwałeś - śliniliśmy się z otwartą paszczą na obicie kinowych foteli. Tę dziecięcą radość mamy w sobie od zawsze. Kiedy byliśmy mali nie potrzebowaliśmy natłoku akcji, superbohaterów czy starannie dopracowanej wielowątkowości, chociaż oczywiście wszystkie te elementy w wersji animowanej przyjmowaliśmy z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ale poza tym wystarczyło nam dużo kolorowych postaci, gadające zwierzęta, parę zabawnych dialogów i gagów ze ślizganiem się na skórce od banana. Wraz z nami rósł też postęp techniczny, animacje ulubionych bajek stały się mniej kanciaste, mniej dwuwymiarowe, a i żarty o kredytach konsolidacyjnych przestały być dla nas do końca zrozumiałe. Dzisiaj jesteśmy dorośli (przynajmniej na papierze) i wszyscy czasem musimy oderwać się od poważnego kina dla dorosłych. Czasem bajki aż sie proszą, żeby je obejrzeć, tym bardziej że – umówmy sie – te współczesne nie są nastawione wyłącznie na młodego odbiorcę. Niektóre z nich stały się pełnoletnie razem z nami – o nich pisaliśmy TUTAJ. Natomiast dzisiaj chcę Cię zaprosić do tańca z filmami animowanymi, które w ten czy inny sposób Cię zachwyciły.

Redaktor Ego: Nie ulega wątpliwości, że całkowicie poniosła nas fala marvelowskiego hype'u. Gdyby to nakręcanie potrwało jeszcze trochę dłużej, to pewnie każdą naszą rozmowę rozpoczynalibyśmy od nawiązania do nowych Avengersów (- Idziemy na piwo? - Tak, do kin wchodzi największy crossover w historii, powinniśmy to uczcić, pijąc na umór niczym nordycki bóg!). Dlatego w najbliższym czasie dla dobra naszych przeciążonych obwodów powinniśmy zacząć wychodzić do ludzi i zaglądać w inne miejsca. Komiksowe starcia z pewnością dopuszczają do głosu wewnętrznego nastolatka, żyjącego marzeniami o supermocach. Gdy zaproponowałaś powrót do naszych ulubionych bajek, wspomnieniami przeniosłem się o wiele dalej, do czasów zdartych kolan, przetartych, ale wygodnych dresów, walki na patyki i okrzyków mamy (zawsze około godziny trzeciej): „wracaj do domu, zaraz będą Pokemony!”. Problem jest jednak taki, że nawet myśląc o najbardziej lubianych bajkach, nie sposób jest postrzegać je tak jak w dzieciństwie. Dlatego mimo mnóstwa sarkazmu i ironii w moich wypowiedziach musisz pamiętać, że wracam do momentów wypełnionych śmiechem i cudowną zabawą oraz tytułów, które kochałem bezgraniczną dziecięcą miłością.

Kinga: Jasne jest, że teraz na bajki sprzed lat patrzymy zupełnie inaczej i Twoje sarkastyczne podejście wcale mnie nie dziwi. Chwilowy przesyt Marvelozą też nie. Muszę jednak pozostać jeszcze w tym temacie, bo w czasach, kiedy byłam jeszcze niewiele wyższa od szafki telewizyjnej, uwielbiałam tematykę superbohaterów i postaci w dziwnych wdziankach. Jedną z takich osób był „Kleszcz”, który podobno miał być prześmiewczym kontratakiem wobec ulubieńców publiczności takich jak Spiderman. Zbyt mocno jak na kleszcza napakowany, od stóp do głów ubrany na niebiesko człowiek z czółkami na głowie wraz ze swoim wiernym przyjacielem ratowali świat przed tą czy inną zagładą. Ów przyjaciel, Artur, choć podobno był ćmą, biegał po mieście w przebraniu królika i był raczej typem tchórza, który przy każdej okazji chował się za plecami naszego wielkiego bohatera, aby przypadkiem nie musieć wchodzić ze złem w interakcję. Nie brakowało też błyskotliwych żartów w stylu wujka Staszka z wesela, których wtedy nie rozumiałam, a które dziś są żenujące, niemniej jednak bawiłam się przednio i pamiętam, że ta bajka emitowana była w kilkugodzinnym bloku filmów o tej samej tematyce, więc monopolu na telewizor żądałam praktycznie każdego wieczora.



Redaktor Ego: Przerośnięte robaki zdecydowanie nie wiążą się z żadnymi miłymi wspomnieniami. Mimo że większość moich rówieśników uwielbiała organizować walki owadów czy przypalać szkłem powiększającym biedne mrówki, ja wszelkich małych wyposażonych w liczbę kończyn przekraczającą moje zdolności matematyczne po prostu się brzydziłem. Wiele kreskówek nie pozwalało mi zapominać o nietypowych organizmach żywych. Tak jak dziś otoczeni jesteśmy z każdej strony modyfikowaną żywnością, tak w czasach naszej młodości, otoczeni byliśmy modyfikowanymi zwierzętami. Wspomniałaś człowieka-pająka i człowka-kleszcza. Dodać do nich można przerośnięte żółwie z kanałów (trenowane przez gadającego szczura) oraz przypakowane myszy z Marsa. Jeżeli Barbie była wzorem nienaturalnego i nieosiągalnego piękna dla małych dziewczynek, tak trójka futrzastych przybyszy z czerwonej planety musiała mieć wpływ na młodzieńcze ekscesy chłopców w okresie dojrzewania. Trójka zmotoryzowanych gryzoni to rozwiązujące problemy za pomocą przemocy, odziane w skórzane kurtki, łańcuchy przy spodniach, kolczyki i tatuaże, wypakowane koksy z gołymi klatami, posiadające (jakby testosteron się w tym wszystkim jeszcze nie przelewał) robotyczne części. O atrakcyjnej młodej pani mechanik nawet nie będę wspominał. Jeżeli wasze dziecko zacznie niepokojąco przypominać Johna Travoltę z „Grease”, to wiedzcie, że jest już za późno i coś się stało. Z całą pewnością miało ono do czynienia z „Motomyszami z Marsa”.



Kinga: Akurat ten tytuł gdzieś umknął mojej uwadze pomiędzy jedną Atomówką, a drugą. Jedyne gryzonie, jakie kojarzę, to duet dwóch białych myszek, z czego jedna była superinteligenta, druga reprezentowała mentalność pantofelka, a ich codziennym zajęciem było robienie tego, co robią każdej nocy – opanowywanie świata.
Zastanawiałeś się kiedyś, co robiły dziewczynki, kiedy chłopcy szli grać z kolegami w piłkę? Pewnie część bawiła się lalkami, część była pochłonięta kolejnym serialem o czarodziejkach, a część tę piłkę oglądała w telewizji. A gdy do tego w gratisie była grupa przystojnych (jak na płaską animację) zawodników i teoria magicznego, całkiem legalnego dopingu – jak można było przejść obojętnie i przełączyć na „Odlotowe Agentki”?
„Galactik Football” to seria, o której mówiło się, że jest francuskim anime (o ile coś takiego w ogóle istnieje). I faktycznie nie opowiada o niczym innym, jak tylko o dążeniu do zdobycia Pucharu Galaktyk. Kulisy wielkiej gry o wszystko, które teraz oglądamy za pośrednictwem jednego z kanałów na YT, jako dziecko śledziłam w telewizji, kibicując drużynie Snow Kids (a tak naprawdę śliniąc się do bohaterów, ale ciii…). Serial mogłam (i nadal mogę) oglądać godzinami, ze względu na fabułę, napięcie i różnorodność bohaterów, aczkolwiek w kwestii rozwijania moich sportowych zainteresowań… jak widzisz, wlepiam wzrok w ekran komputera i od kilku godzin nie ruszyłam się z miejsca.



Redaktor Ego: Skoro wspomniałaś dwa małe gryzonie, powiedz mi, która z myszy była rzeczywiście mądrzejsza? Ta pragnąca przejąć władzę nad światem, czy ta która ją w nietypowy sposób przed tym powstrzymywała (jak ja uwielbiam wszystkie szalone teorie związane z kreskówkami)? W momencie, w którym zaczynam wspominać dzieciństwo poza walkami na patyki i malowaniem kredą po asfalcie, na myśl przychodzą mi również pewne gadżety. Kiedyś wywoływały furorę i można było „szpanować” wśród kolegów ich posiadaniem. Teraz zobaczyć je możemy jedynie podczas wizyty u babci, na strychu, a wkrótce pewnie tylko w muzeum. Walkman, mimo że nieporęczny, był spełnieniem marzeń i krokiem ku dorosłości, odtwarzacz VHS był zaś magicznym urządzeniem, które sprawiało, że można było złamać nienaruszalne zasady obowiązujące w TV. Dzięki niemu wspólnie z rodzicami katowałem do całkowitego przyswojenia na pamięć kilka filmowych animacji. Numerem jeden pod względem ilości powtórzeń oraz wywołanych salw śmiechu są niepodważalnie wszystkie „Shreki”. Z biegiem lat serie o zielonym ogrze i jego nieparzystokopytnym przyjacielu lubię coraz bardziej. Po pierwsze ze względu na świetną zabawę z bajkową konwencją oraz (co mogłem docenić dopiero po latach) świetne tłumaczenie. Bartosz Wierzbięta bowiem odwalił kawał porządnej roboty, wypełniając shrekowe dialogi nawiązaniami do polskiej popkultury. Kwestia, w której Osioł głosem Jerzego Stuhra ostrzega Shreka, że „w tym mogą być promile” od zawsze była obiektywnie zabawna, lecz gdy podrosłem i zdałem sobie sprawę, że dokładnie te same słowa pan Stuhr wypowiedział w „Seksmisji”, uśmiecham się jeszcze szerzej.



Kinga: Nawiązań do popkultury w „Shreku” jest zdecydowanie więcej i to jest jeden z tych elementów, które uwielbiam najbardziej. I bajki są tego najlepszym przykładem, ze świecą szukać filmów, które mają tak dużo nieoczywistych odniesień i tak dużo żartów, które jesteśmy w stanie zrozumieć dawno po zakończeniu etapu bycia dzieckiem. Dlatego po latach możemy je wszystkie odkrywać na nowo. Nie wiem, jak Ty, ale moim faworytem z całej serii jest chyba „Shrek Forever”. Pojawia się tu postać Rumpelstiltskina i niezastąpiony Czarek Pazura, który – jak dla mnie – wystarczy, że się odezwie i już jest śmiesznie (patrz na przykład: Sid z Epoki Lodowcowej).  Osioł i jego Stuhr oczywiście nie rozczarowują, grubiutki Kot w Butach służy pomocą nawet, gdy od dawna już w buty się nie mieści,  a i cała koncepcja antyutopijnego alter-świata wprowadza trochę nowości do dobrze znanej historii. Nigdy bym nie pomyślała, że ostatnia część czegokolwiek spodoba mi się najbardziej. Niemniej historia introwertycznego ogra samotnika to też kawał naszego dzieciństwa czy młodości i zawsze będzie dobrą opcją na leniwą sobotę.

Redaktor Ego: Cześć z szeroko pojętych bajek rozbawiała nas do łez. Inne uczyły nas, czym jest przyjaźń, poświęcenie, honor i odwaga. Jednak gdy z perspektywy czasu spojrzę na niektóre z nich, naprawdę zaczynam się zastanawiać jak to możliwe, że obecnie nie mam problemów niekontrolowaną przemocą i agresją. W końcu sporą część mojego bezstresowego dzieciństwa spędziłem na oglądaniu pozbawionych opieki dzieciaków, które wyrywały zwierzęta z ich naturalnego środowiska, a następnie zmuszały je do walki między sobą, co z czasem rozrosło się do ogólnokrajowych rozrywek transmitowanych przez telewizję. Jaka nauka płynęła z Pokemonów? Spełniaj marzenia, nawet jeżeli oznacza to zniewolenie zwierząt. Czarne charaktery mają jednak w sobie jakiś magnetyzm, bo Ash ze swoją sadystycznym usposobieniem przyciągnął do siebie równie pokręcone osoby. Misty była zawziętym rudzielcem, który nie odpuścił zniszczonego roweru (mimo że podróże i wyżywienie kosztowało ją więcej niż sam rower, ale to widać była kwestia honoru), a Brock był seksoholikiem, najprawdopodobniej z kompleksem Edypa. Gdzie byli w tym czasie dorośli? Wszystko wskazuje na to, że grupka nastoletnich kłusowników podróżowała po świecie dotkniętym nuklearną apokalipsą, a osad promieniotwórczy wpływał na coraz bardziej zdegradowaną faunę i florę. Jednak gdy ma się po 10 lat, nie zwraca się na to uwagi. Wtedy widziałem wielką przygodę, przyjaźń oddanie i dynamiczne walki pełne okrzyków, a czy tak nie wyglądało większość moich spotkań z kolegami? Przeraża mnie jedynie trochę fakt, że po tych wszystkich latach nadal pamiętam nazwy 151 pokemonów z pierwszej serii. To anime naprawdę mogło wyrządzić mi krzywdę.



Kinga: Imiona wszystkich Pokemonów sprawiały mi zawsze problem, co innego rymowanka zespołu R. Ile ja bym wtedy oddała, żeby w końcu im się udało i nie musieli kończyć jako smutny błysk na niebie!

Poznanie nazw 151 pokemonów to jedno, ale czy potrafiłbyś wypowiadać kwestie bohaterów razem z nimi przez 64 odcinki? Jeśli chodzi o „Shaman King”, ja nadal to potrafię. W czasach, kiedy o moją atencję walczyły tytuły takie jak „Naruto”, „Dragon Ball” i właśnie „Król Szamanów”, ten ostatni stał u mnie na podium przez wiele długich lat. To prawdziwa gra o szamański tron, okraszona dobrym humorem i szczyptą bijatyki. W jednym muszę Ci przyznać rację – kwestia rodziców naszych bohaterów to ogromna tajemnica. W „Shaman King” wszyscy zdają się być sierotami, którzy niekoniecznie traktują to jako życiową tragedię. Latają sobie z Japonii na dalekie pustynie na długie miesiące, toczą ze sobą walkę na śmierć i życie, aby na końcu oczywiście próbować ratować świat. Zabawne dialogi, wiecznie głodny i niewyspany Yoh (najwidoczniej mój sobowtór), wiecznie przerażony, ale zawsze gotowy do pomocy Morty, boski żigolo Rio (profil psychologiczny identyczny jak pokemonowy Brock) i cała reszta wesołej kompanii to seria, która umilała mi każdy wieczór, a piosenkę tytułową śpiewałam razem z Wojtkiem Bujoczkiem za każdym razem. I nadal to robię.



Redaktor Ego: Powinniśmy już odejść od tytułów zdominowanych przez przemoc, bo jeszcze chwila i zacznie nam się z tego robić wielki crossover opierający się na ciągłych walkach... i znów wracamy do tego samego tematu. Zaczynając pisać o bajkach, w pierwszej kolejności powinniśmy pomyśleć przede wszystkim o dobranockach. Codzienna dawka dziecięcych programów oznaczała dla nas koniec dnia i porę spania. Uczyły nas również gospodarowania czasem oraz odróżniania dni tygodnia ze względu na zróżnicowane propozycję. Fakt, że nie udało się nam ogarnąć zmiany ramówki, sprawiał, że 3-4 tygodnie w roku były pełne niespodzianek, bo nigdy nie wiedzieliśmy, co danego dnia telewizja dla nas przygotowała. Oczywiście zdarzało się rozczarowanie i rozgoryczenie, gdy w tym wyjątkowym momencie w ciągu dnia na ekranach pojawiało się „Lippy and Messy” pozbawione, chociażby napisów.

Pośród wszystkich propozycji niezaprzeczalnie rządziła „Wielka Trójka”, czyli komunistyczna społeczność Smerfów, zajmujący się produkcją napojów pobudzających Gumisie oraz Muminki, które w zasadzie niczym nie podpadły (może poza tym, że próbowały mi zniszczyć dzieciństwo przeklętą Buką). Tak całkiem na poważnie. Te trzy tytuły bezapelacyjnie mają w sobie charakter i duszę, którą ciężko byłoby podrobić, przyjemną dla oka kreskę, słodkie i przeurocze postaci, a na samo wspomnienie o nich łezka się w oku kręci.



Kinga: O ile Smerfy i Gumisie ze swoim energetykiem w postaci soku z gumijagód były fajną opcją na wieczór, o tyle Muminków boje sie od zawsze na zawsze. I nie chodzi o samą Bukę. Muminki napawają mnie strachem, zarówno jeśli chodzi o bajkę, jak i książkę. Dziwne białe krówki, które dużo filozofują, łobuz Włóczykij i Migotka, której chcesz dać w twarz w zasadzie bez powodu - zdecydowanie ta bajka nie jest jasną stroną mojego dzieciństwa, a raczej karą za niezjedzenie wystarczającej ilości brukselki.

Cofnąłeś się do naprawdę odległych czasów, kiedy to o 19 oglądało się Tabalugę zamiast wiadomości, ja jednak wrócę wspomnieniami do nie tak dalekiej przeszłości i do gadających zwierząt. Kto nigdy nie wyginał śmiało ciała razem z Królem Julianem, niech natychmiast spłonie na stosie wstydu. Madagaskar to genialna seria, z czego moją ulubioną jest zdecydowanie "dwójka", w której to nasi uroczy podopieczni nowojorskiego zoo trafiają do Afryki, gdzie znikąd pomocy. Świetny humor, który zawdzięczamy głównie Pingwinom i Julianowi, powiedziałabym, że jest nawet lepszy niż ze "Shreka". Motyw poznawania nowej kultury, a jednocześnie kolebki ich życia, daje naszym zwierzakom okazję do doskonałych żartów sytuacyjnych i nawet wątek miłosny dał radę się wcisnąć gdzieś w tę afrykańską dzicz. Czegóż można chcieć więcej? Nie pozostaje nic innego jak tylko z zachwytem całować królewską stopę.



Redaktor Ego: Na koniec mam jeszcze jedną nie-do-końca-bajkę, która sprawiła, że koniecznie chciałem podnieść nogę wyżej niż na wysokość kolana. Chociaż trochę powątpiewam czy na pewno japońska animacja na podstawie mangi z 1984 roku była skierowana do dzieci. Niemniej „Dragon Ball” oraz jego późniejsza kontynuacja z pewnością doskonale znane są moim wszystkim rówieśnikom. Historia młodego chłopca przybyłego z kosmosu i obdarzonego super-siłą (zupełnie jak Superman) wypełniona była świetnym humorem, ale również wiele uczyła. Między innymi poświęcenia, wytrwałości, szanowania przyjaźni i treningu, motywacji do stawania się lepszym głównie przez samorozwój oraz (co z pewnością cieszyło nas najbardziej) wypełniona mnóstwem dynamicznych i odjechanych walk. Starcia między bohaterami były tak ważnym elementem anime, że niektóre z nich rozwlekane były dłużej niż kłótnie w „Modzie na sukces”, a monologi im towarzyszące rozmiarem i patetycznością dorównać mogły Homerowi. Późniejszy „Dragon Ball Z” posiadał zaś czarne charaktery, które bez problemu mogłyby znaleźć miejsce wśród produkcji dla dorosłego widza. Nie byli to zbuntowani nastolatkowie, wąsaci książęta-buntownicy czy podstarzały Gargamel, ale chłodne, wyrachowane i okrutne stworzenia, które bohaterów chciały autentycznie zgładzić. Mam coraz większe wątpliwości czy aby na pewno to była coś dla dzieci. Skoro jednak dzieciaki na podwórkach próbowały wykonać „kamehameha”, a do wafelków dołączano naklejki z bohaterami, to chyba nikt nie uważał tego za szczególnie groźne. I w sumie spójrz, wyrosłem na kogoś całkiem normalnego, mimo że też napinałem się do czerwoności i wykrzykiwałem imię XIX wiecznego władcy Hawajów.

Kinga: Jak widać, z bajek nie wyrastamy nigdy. Stare dostarczają nam masy wspomnień i sentymentalnych podróży do czasów dzieciństwa, kiedy to realizatorskie braki i nierealistyczne postaci nie miały żadnego znaczenia. Nowe zapewniają nam świetną zabawę przy dialogach opatrzonych nutą ironii i żartów sytuacyjnych. Nawet nie wiesz, ile radości sprawiło mi oglądanie randomowych odcinków bajek, które uwielbiałam w dzieciństwie i na które trafiłam teraz przypadkiem, szukając najlepszych przykładów do naszego zestawienia. Dobrze czasem obudzić w sobie wewnętrzne dziecko i dać się ponieść wspomnieniom, aby przypomnieć sobie, jak dobrze bawiliśmy się na kompletnie niedopracowanych produkcjach, które obecnym filmom animowanym technicznie nie dorastają do pięt. Mimo to chwil, jakie z nimi spędziliśmy, nie oddamy za nic w świecie. Pozostaną w naszych sercach, jak Buka w nocnych koszmarach.

Redaktor Ego: Z bajkami, serialami animowanymi czy wszelkimi dobranockami jest pewien problem. Nigdy już nie spojrzymy na nie tak samo, jak za czasów naszego dzieciństwa. Niektóre z nich, takie jak Smerfy czy Gumisie z całą pewnością obejrzymy ponownie z olbrzymim sentymentem i autentyczną przyjemnością. W wielu przypadkach jednak nie obejdzie się bez dostrzeżenia pewnych absurdów jak np. pozbawiony możliwości skręcania pojazd Flinstonów czy olbrzymie laboratorium Dextera, które pozostało niezauważone dla jego rodziców. Po latach zdamy sobie sprawę z niepokojących elementów, na których opierają się bajki jak niewolnictwo Pokemonów czy rozwiązywanie problemów za pomocą siły. Dodatkowo dorastając, poznaliśmy masę fanowskich zakręconych teorii na temat kreskówek takich jak marksistowskie poglądy Smerfów albo podejrzenie, że akcja „Ed, Edd i Eddie” dzieje się w dziecięcym czyśćcu. Czy jednak odebrałoby nam to zabawę podczas ponownego ich oglądania? Myślę, że dostarczyłoby zupełnie innych i pozwoliłby pouśmiechać się do ekranu równie szczerze co kilka lub kilkanaście lat temu. Wiele z nich stało się ponadczasowymi, nawet jeżeli znaczą dla nas już co innego. Najważniejsze, że są przepustką do bardzo miłych wspomnień z czasów, za którymi nieraz pewnie tęsknimy.