Redaktor Ego: Już niedługo na ekranach naszych kin pojawi się zupełnie nowe wcielenie Lary Croft. Znana przede wszystkim fanom gier poszukiwaczka przygód i archeolożka powraca na duży ekran po 15 latach nieobecności. Takie wydarzenie dla jednych to prawdziwa gratka, dla innych okazja do rozpoczęcia poważnych (nie zawsze obfitujących w poetyckie epitety) dyskusji. Powodów do oczekiwań i narzekań w tym przypadku jest sporo. Nie od dziś wiadomo, że ekranizacje gier podnoszą ciśnienie równie skutecznie, co książkowe. Powroty do tematów raz już wykorzystywanych budzą wątpliwości i dość często kończą się bolesnym upadkiem. I przede wszystkim temat numer jeden, czyli wybór Vikander do tytułowej roli. Nie trzeba wcale zaglądać do złej dzielnicy Internetu, aby usłyszeć wiele mocnych słów na temat nowego "Tomb Raidera". Nie powinno Cię zatem dziwić, że koło takich okoliczności i materiału nie mogłem przejść obojętnie. Jako że spotkanie z nową Larą dopiero przed nami, postanowiłem, że wyciągnę od Ciebie wszystkie przedpremierowe oczekiwania i obawy oraz powrócę do pani Croft, którą mieliśmy przyjemność (bądź nieprzyjemność) poznać w młodości.



Kinga: Przyznam Ci się szczerze, że jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do gier komputerowych. Miałam krótką przygodę z idealnym światem Simsów, w którym zadowolenie Twojej postaci było wprost proporcjonalne do ilości poznanych kodów na to czy tamto, no i oczywiście przewinęło się dużo gierek strategicznych dla dzieci. Poza tym nigdy nie czułam potrzeby wejścia w żaden wirtualny świat, a jedyna gra, do której od czasu do czasu się przekonuję to niekoniecznie ambitna sportowa rozrywka pod tytułem FIFA. Z tego powodu niezbyt biorę też udział w tej całej „nagonce” na nową część przygód pani Croft, bo, nawet gdybym chciała, trudno mi będzie ocenić jakość adaptacji. Chociaż muszę przyznać, że pewne obawy wobec tego filmu tlą się gdzieś z tyłu głowy, chyba właśnie przez zmianę aktorki. Wspominałam Ci już wcześniej, że nie lubię zmian, ani w życiu, ani w obsadach filmowych, dlatego patrząc na plakat nowej części mam podobne odczucia jak wtedy, gdy po latach patrzenia na znajomego w okularach nagle zobaczę jego „nagą” twarz. Rozumiesz, o co mi chodzi – niby ten sam człowiek, ale jednak coś tu nie gra.

Redaktor Ego: „Coś tu nie gra” jest dość często towarzyszącym mi ostatnio odczuciem. Tym razem nie dotyczy nadciągającego filmu. Z okazji zbliżającego się powrotu postanowiłem odświeżyć sobie dotychczasowe pozycje z Angeliną Jolie. Nie ulega wątpliwości, że aktorka ze swoim długim, czarnym warkoczem i odpowiednio dobranym strojem stała się dla wielu idealnym odwzorowaniem komputerowej postaci i takim osobom ciężko wyobrazić sobie kogoś innego w roli ekscentrycznej poszukiwaczki skarbów. Latka jednak nieubłaganie lecą, a z nimi zmieniają się gusta. Przyznaję się szczerzę, że w młodości zachwycałem się filmami z serii „Tomb Raider”. Pierwszy raz z Larą przypadał jednak na okres mojego dojrzewania, co sprawiło, że o wiele częściej niż dwie spluwy głównej bohaterki zerkałem (oczywiście pod nieobecność moich rodziców) na jej inne walory. I nie możesz mnie za to winić ani krytykować, bo twórcy zaangażowali do roli niekwestionowany symbol seksu tamtych czasów. Teraz, powracając do filmów i próbując patrzeć mniej niedojrzałym okiem, mam zupełnie inne zdanie na jej temat. Nie chciałbym Cię jednak zniechęcać i zanim zacznę jeździć po Jolie (a raczej wizji Lary, jaką miał Simon West) z chęcią poznałbym Twoją ocenę.



Kinga: Dwa poprzednie "Tomb Raidery" faktycznie powoli sięgają prehistorii, bo ich premiera miała miejsce prawie 20 lat temu, w tym czasie Angelinie zdarzyło się postarzeć, ale też chyba minęło jej najlepsze pięć minut. W tamtych czasach posypało się mnóstwo filmów z jej udziałem. Teraz (wraz z regresem cywilizacyjnym) raczej uwaga widzów skupia się na jej związku czy niezwiązku z Bradem Pittem i kolejnym adoptowanym dziecku, a i propozycji filmowych w tym czasie raczej nie przybywa. Ja jednak nadal oglądam ją jako Larę z sentymentem. Często jest tak, że dany obraz zapada nam w pamięć i przyzwyczajamy się do konkretnego aktora w konkretnej roli. Nie wierzę, że gdyby nagle pojawił się reboot „Milczenia owiec” z Erikiem Baną w roli dr. Lectera, nie byłoby w Twojej głowie pewnego zgrzytu. Filmy o Larze Croft z perspektywy czasu są trochę oderwane od praw fizyki i dzisiaj można byłoby to czy tamto zrobić lepiej, ja na nie jednak patrzę z ogromnym sentymentem, łączą w sobie akcje ze szczyptą humoru, a i Angelina radzi sobie całkiem nieźle w tej roli. Alicie Vikander kojarzę głównie z „Kryptonimu U.N.C.L.E” i „Ex Machine”, gdzie zagrała naprawdę dobrze, więc oczywiście daję jej szansę, ale jednak to Jolie jest pierwszą Larą, którą poznałam. Czekam na Twoją opinię z niecierpliwością, bo już umieram z ciekawości, co masz jej do zarzucenia.

Redaktor Ego: Powtórzenie sukcesu „Milczenia Owiec” niezależnie czy ze starą, czy z nową obsadą jest rzeczą raczej nieosiągalną. Jednak co do podmieniania klasycznych postaci nowymi odwołam się do często powtarzanego ostatnio przeze mnie hasła: „poszerzam horyzonty”, ponieważ z coraz spokojniejszym sercem przyjmuję różnego rodzaju zmiany i wariacje, a wszelkie oceny i opinie zostawiam sobie na koniec. Z kąśliwymi i złośliwymi uwagami na temat Lary w wykonaniu Angeliny Jolie czekałem ładnych parę lat. Przeniesienie na ekrany postaci komputerowej nie jest wcale zadaniem łatwym. Wiemy doskonale jak wygląda, lecz w przeciwieństwie do książek czy komiksów, czasem naprawdę niewiele wiemy na temat jej charakteru. O ile osobowość postaci nie ujawni się w przerywnikach filmowych, reszta zależy od naszej interpretacji i wyobraźni. Croft w swojej pierwszej kinowej wersji to ociekająca seksem, mająca na twarzy wypisane wyuzdane preferencje co do spędzania czasu wolnego niegrzeczna dziewczyna. Kreacja Jolie kojarzy mi się przede wszystkim z bananowym dzieciakiem, który mając dzianych rodziców, popisuje się na każdym kroku drogimi zabawkami. W przeciwsłonecznych okularach zaś zadziera głowę, epatując aurą w stylu „spójrzcie, jaka jestem niezwykła, niebezpieczna i ostra”. Szkoda tylko, że taką prezentacją nie szło adekwatne zachowanie. Komputerowa Lara, mimo że odziana w wyzywający strój (stworzony chyba z myślą o pozamykanych w piwnicach legendarnych nerdach) zawsze kojarzyła mi się z postacią ze sporą dozą subtelności. W tym właśnie momencie Alicia Vikander wydaję mi się właściwą osobą na właściwym miejscu. Przyznaję, że oglądając pierwsze zdjęcia z planu, doznałem dość sporego (niekoniecznie pozytywnego) szoku. Jednak przyzwyczajenie do Jolie pozostało. Drugie wrażenie było już znacznie lepsze. Nowa aktorka jest zdecydowanie bardziej subtelna i wydaje się bardziej... grzeczna, a w jej oczach można dostrzec sporą dawkę niewinności. Czy ktoś, kto na co dzień zajmuje się odkrywaniem i dewastowaniem starożytnych ruin, powinien mieć takie cechy? Raczej nie. Nowa produkcja skupia się jednak na narodzinach jej legendy. Zanim Lara zagustowała w warkoczach, obcisłych strojach i zaczęła gościnne występy w gorących snach nastolatków, była spokojna i ułożona? Jestem przekonany, że tak. Mimo że Angelina zdawała się taka zachwycająca, seria składa się jedynie z dwóch filmów. Wybór najlepszego i tego gorszego wydaje się w tym momencie ułatwiony. Czekam na Twój wybór. Odpowiedź oczywiście uzasadnij.



Kinga: Czy Lara, zanim, została Larą, była nieśmiała czy też nie – tego nie wiem. Jednak patrząc oczami osoby, która nie zna komputerowej wersji tej postaci, poprzednie produkcje są po prostu dobrymi filmami akcji, w których chodzi głównie o pościgi i wybuchy z jakąś archeologiczno-astronomiczną zagadką w tle. A kto lepiej pasuje do takiego filmu niż atrakcyjna długowłosa dziewczyna w obcisłych szortach?
Tak się akurat złożyło, że pierwszy film z serii Tomb Raider, który widziałam to „Kolebka życia”, czyli druga odsłona przygód Lary. Widziałam ją po raz pierwszy oczywiście dość dawno, później gdzieś trafiłam na poprzedniego „Tomb Raidera”, ale to właśnie do „Kolebki…” częściej wracam. Może to właśnie przez kolejność oglądania. Pierwsza część wydaje mi się być bardziej statyczna i była dla mnie raczej czymś w rodzaju wstępu, wprowadzeniem do świata Lary Croft. W porównaniu do „Kolebki…” ta jest trochę bardziej przegadana. W drugiej części pojawia się o wiele więcej akcji, wspomnianych już wcześniej pościgów i wybuchów, no i nie można zapomnieć o wątku miłosnym, który może i nie pasuje do całości, ale w ogólnym rozrachunku uatrakcyjnia fabułę, a tym samym zwiększa target odbiorców. Oddzielając filmy od gier komputerowych i patrząc na nie jak na zwykłe filmy akcji, oba prezentują się bardzo dobrze, ale to jednak druga część ma mój plus za odrobinę dłuższego pazura. Zgadzasz się?

Redaktor Ego: Czy dłuższy pazur Lary nie jest przede wszystkim zasługą Gerarda Butlera, o którym to już chyba wspominałaś? Wychodzi na to, że każdy w „Tomb Raider” znajdzie coś, na czym mógłby zawiesić oko.
Filmy o Larze Croft wprowadziły do świata filmów kolejnego archeologa, który częściej niż ratować zabytki kultury antycznej odprowadza do ich zniszczenia. Klimat przygodowy niesie za sobą konieczność urozmaicenia znanej nam historii dużą dawką niezwykłości i magii. Nic więc dzwinego, że również "Tomb Raider" jest mocno odrealniony. Przecież kto chciałby słuchać wykładów z „prawdziwej” historii podczas oglądania kina akcji. Zapewne niewielu, dlatego też filmy mają przede wszystkim dostarczać szybkiej i lekkiej rozrywki z najlepiej przy użyciu nietypowych pomysłów. Wszystkie najlepsze zaklepał trochę wcześniej Indiana Jones. Te, które pozostały do dyspozycji twórców sprawiają, że filmy są bardzo naciąganymi bajkami dla dorosłych. Lara wpada na trójkąt i ma ochotę cofnąć się w czasie, czy też znajduję grającą kulę disco Aleksandra Wielkiego. To nie jest jednak największy zarzut, jaki mam obecnie do serii. Pozostając przy komputerowych analogiach, Lara zostaje rozegrana na łatwym poziomie trudności. Podczas swoich przygód nie musi się specjalnie starać, nigdy nie dostaje nawet najmniejszych batów, a wszystkie przeszkody są aż zbyt łatwe do rozwiązania. W pierwszym filmie cały klimat zamknięty został w początkowej scenie, gdzie panna Croft biegała i skakała po kolumnach, strzelała ze swoich spluw z szaleńczą pasją, a wszystko działo się w klimatycznych ruinach. Początek był naprawdę smakowitym hołdem dla serii gier, jednak na tym „typowa” Lara się skończyła. Więcej takich scen w filmie z pochodnią szukać. W jednej kwestii się z Tobą zgodzę. „Kolebka Życia” była lepsza, ciekawiej przedstawiona i nieco bardziej wzbogacona m.in. błyskotliwymi dialogami czy większym dynamizmem. Nawet efekty specjalne wypadły znacznie lepiej. Jednak w drugim filmie znaleźć można o wiele więcej montażowych perełek przywołujący szyderczy uśmieszek (oczywiście filmowemu staruszkowi to już można wybaczyć). Nadchodzący „Tomb Raider” wywołuje jak na razie o wiele więcej przyjemnych wrażeń. W zwiastunach bowiem zobaczyć możemy wiele obrazków wyrwanych z gry wydanej w 2013 roku. W jakim stopniu będzie to udane przedsięwzięcie, przekonamy się już za parę dni (mimo że reszta świata już wie), ja z pewnością trzymam mocno kciuki. Angelina pozostawiła po sobie spory niedosyt, a powrót do tematu nie wydaje się złym ruchem, młoda pani archeolog (niezależnie czy seksowna, czy niewinna) ma w sobie ogromny potencjał. Skoro pozostało mi jeszcze trochę czasu... idę zamknąć się w piwnicy i spędzić trochę czasu z pecetową Larą (oczywiście, żeby dobrze się przygotować do filmu).



Kinga: Faktycznie, Gerard Butler uatrakcyjnia nieco cały przekaz i pewnie jest jednym z powodów, dla których druga część bardziej mi się podoba. Pierwsza natomiast w pewnym momencie też skojarzyła mi się z serią „Indiana Jones”, więc może twórcy chcieli w jakiś sposób powtórzyć jej sukces.
Fakt faktem, o starych częściach Tomb Raidera można mówić jako o zabytkach zachodniej kinematografii. Za nietrzymanie się ściśle wersji komputerowej można je kochać albo mieć do nich spore zarzuty. I nawet jeśli na swoje czasy (jako zwykłe filmy akcji) są dobrze zrealizowane, jakiś powiew świeżości im nie zaszkodzi. Do tego nowy film o Larze Croft jako adaptacja z całą pewnością przyciągnie do kin tłumy gamerów. Osobiście też jestem ciekawa, co zobaczę na ekranie i mam szczerą nadzieję, że nowa Lara spodoba mi się tak jak poprzednia, choć mimo wszystko trzymam tę produkcję trochę na dystans. Niemniej jednak myślę że ten film da nam spore pole do popisu, tym bardziej w recenzji zestawimy punkt widzenia osoby znającej grę i takiej, dla której jest ona całkiem obca. Mnie akurat niekoniecznie pociągają dziewczyny z komputerowej rzeczywistości, dlatego też tę atrakcję pozostawię Tobie.