Redaktor Ego: Kto z nas przynajmniej przez chwilę nie marzył o przeżyciu przygody jak z ulubionego filmu? Komu nie marzyła się historia pełna emocji, adrenaliny i zwieńczona szczęśliwym zakończeniem? Jeżeli nawet są tacy, którzy stronią od życiowych zwrotów akcji i wolą ciszę oraz spokój, pewnie mają ulubiony (i bezpieczny) sitcom, w którego realiach chcieliby wpaść, a swoją codzienność polukrować humorem, sielanką i ekscentrycznymi przyjaciółmi (albo przynajmniej zdolnością błyskotliwego reagowania na otaczające nas okoliczności). Ja niestety nie mam co liczyć, że pewnego dnia w drodze na uczelnię niebo się rozstąpi i dojdzie do kosmicznej inwazji. Po głębszym zastanowieniu wcale nie chciałbym przekonać się, że posiadam supermoce, bo rząd zamknąłby mnie w celi i prowadził nade mną badania. Natomiast wraz z informacją o tym, że Święty Mikołaj nie istnieje, rozpłynęło się marzenie o podróży do magicznego świata w stylu Alicji czy rodzeństwa Pevensie. Co w takim razie mi pozostaje? Wystarczy, że na uszy założę słuchawki i odpowiednio dobrana playlista sprawi, że mój krok staje się nieco bardziej zamaszysty, świat wokół mnie zwalnia obroty (no prawie) do soczystego slow-motion, a ja czuję się jak bohater, za plecami którego dochodzi do efektownego wybuchu. Takie przeżycia może zagwarantować jedynie odpowiednia muzyczna oprawa, a najłatwiej znaleźć taką oczywiście w swoich ulubionych filmach i serialach.

Kinga: To prawda – muzyka, nie tylko ta filmowa, przenosi nas w całkiem inne realia. Mamy swój własny świat, jesteśmy my i nikt więcej. A w przypadku soundtracków z ulubionych filmów – o, losie – wręcz wcielamy się w tę czy tamtą postać, tworzymy alternatywne scenariusze i jedyne, co może nas z tego świata (dość brutalnie) wyrwać, to grupa canariños, wchodzących do MPK i z dzikim uśmiechem żądających bilecików do kontroli. Muzyka, która towarzyszy nam podczas oglądania filmów, ma też inną dość ciekawą funkcję. Wyobrażasz sobie film, w którym praktycznie jej nie ma? Twórcy musieliby się naprawdę postarać, aby w takiej sytuacji zatrzymać widza do końca. Ścieżka dźwiękowa stwarza klimat, którego swoją ekspresją nie wykreuje nawet najlepszy aktor. Zmienia nieraz z pozoru głupi film w produkcję pełną napięcia. A czym by były pościgi i wybuchy bez dobrego, tuningowanego elektronicznym zacięciem rapu prosto z Bronxu? Albo Bond bez skrzypiec i jazzowej nuty, brzmiącej niczym synonimy luksusu i dobrej whisky. Dzisiaj pierwsze skrzypce oddaję Tobie i niech rozpocznie się koncert.

Redaktor Ego: Jesteś gotowa? W takim razie pora podkręcić głośność na wszystkich urządzeniach, które głos wydawać mogą. Czas rozpocząć filmowo-serialową playlistę. Ciarki i przyśpieszone tętno gwarantowane. Więc zostańcie z nami do końca. A od czego zaczniemy? Piękne szaty, błyszczący miecz, szlachetni rycerze, urodziwe białogłowy oraz przysięgi wierności i oddania. Tak mniej więcej wygląda życie standardowego rycerza w lśniącej zbroi, o ile uda mu się wcześniej wyjść żywym ze starcia ze smokiem. Czasy się jednak zmieniają i nawet rycerze muszą się do tych zmian zastosować. Co wyjdzie, gdy spotkają się ze współczesnością? Na rycerzy Jedi musimy jeszcze poczekać, ale w tym czasie legendarny król Artur zmienił nieco swoje oblicze. Rozrywkowy, błyskotliwy i nieco pyskaty ma w sobie więcej z szeregowego łobuza i cwaniaka niż szlachetnego rycerza. Chwytając za miecz, przypomina zaś napakowaną postać z gier cRPG. Na spotkaniu z dzisiejszymi standardami dużo zyskał, chociaż nie wszyscy się z tym zgodzą. Połączenie średniowiecznych klimatów z odrobiną współczesnego stylu widać nie tylko w charakterze głównego bohaterze czy sposobie opowiedzenia historii, ale również w ścieżce dźwiękowej. Zupełnie jakby trubadurzy przygotowywali soundtrack do gry komputerowej, gdzie nie ma czasu na złapanie oddechu. Spośród wszystkich świetnych numerów moim faworytem jest The Devil and The Huntsman.



Kinga: Pozwól, że wrócę jeszcze na chwilę do zachodniego klimatu starego dobrego „joł” i odświeżę trochę temat o odrobinę technologii. Bez względu na to, czy na „Czarnej Panterze” wynudziłam się jak nigdy, czy też nie – umówmy się – Kendrick Lamar pozamiatał. Oldschool, który z ogromną gracją połączył z elektronicznym popowym „bum bum”, a do tego umiejętnie wplatając w to wszystko klimat afrykańskiego plemienia, sprawia, że słuchając soundtracków z tego filmu, mam ochotę uciec nawet do Wakandy. Lamar potrafi tak poprowadzić dźwięk za dźwiękiem i efekt za efektem, że nawet największa antyfanka autotune buja się na krześle, a złote łańcuchy dzwonią w uszach. Kendrick serwuje nam idealny bilans pomiędzy Stanami a Afryką, dzięki czemu człowiek nawet z „Czarnej Pantery” wychodzi w pełni najedzony. To też przy okazji cudowny kontrast dla pieśni rodem z „Króla Lwa”. Czarna muzyka, czarna pantera, czarny klimat – wszystko się zgadza. Moim pierwszym typem jest Big Shot.



Redaktor Ego: O taki klimat w sercu absolutnie Cię nie podejrzewałem. Gdybym ja miał szanse gdzieś uciec, to zamiast Wakandy wybrałbym zupełnie inne miejsce, w którym najważniejsze to poczuć się wolnym. Zamknij oczy i wyobraź sobie Dziki Zachód. Słyszysz szemrzący za wzgórzem strumień? Czujesz te otwarte stepy, rewolwer przy boku, konia chętnego do galopu i kapelusz chroniący przed palącym słońcem? I ta nieodparta pokusa, aby zmierzyć się z kimś w samo południe w centrum miasta. Nie musisz mi tłumaczyć, że tak naprawdę rzeczywistość jest mniej kolorowa. I po dziesięciu minutach miałbym dość nieprzyjemnego zapachu wierzchowca, nieznośnego skwaru, otarć od siodła i śmierci czyhającej z byle powodu w każdej spelunie. Przynajmniej Dziki Zachód to jedyne miejsce, gdzie posiadanie najszybszej ręki jest rzeczywiście atutem. Gdyby jednak tak podczas tej wycieczki być nieśmiertelnym, kuloodpornym i móc bez konsekwencji robić wszystko, co nam się podoba. Jak cudnie mógłby wyglądać wtedy napad na bank lub dyliżans, do pełni szczęścia brakowałoby jedynie klasyki rocka w tle. Niemożliwe? Gdy jesteś chuliganem w kowbojskich butach, możesz wszystko, nawet słuchać Rolling Stones w realiach XIX w. Ramin Djawadi, gdy bierze się do pracy, czyni prawdziwe cuda. Jako kompozytor odpowiedzialny jest w końcu za jeden z najpopularniejszych serialowych motywów w ostatnich czasach. Kto bowiem nie kojarzy charakterystycznego otwarcia z „Gry o Tron”. Jednak dopiero gdy zasiada za klawiszami, przelewa na słuchacza niesamowite emocje. Klimat w serialu „Westworld” odtworzył wręcz cudownie (szczególnie w Black Hole Sun), a wersja „Paint it Black” w jego wykonaniu to prawdziwy wywołujący ciarki majstersztyk. W utworze, niczym na Dzikim Zachodzie, bywa spokojnie, ale w każdej chwili tempo akcji może przyśpieszyć. Kapelusze z głów, czas na świetne w każdym wydaniu Paint It Black.



Kinga: Dziki Zachód to nie moje klimaty, zamiast tego przeniosę Cię do innego świata, w którym wolność jest równie ważna. Bo kto nie lubi czasem dać się porwać eterycznej rzeczywistości snu i poczuć się absolutnie wolnym, móc robić wszystko, bo przecież we śnie nie czekają Cię żadne konsekwencje. A kto by nie chciał, aby nad naszymi sennymi marzeniami czuwała gwardia Gawędziarzy, pilnując, aby były to marzenia, a nie najgorsze koszmary. Gawędziarzy, którzy toczą nieustanną walkę z Inkami (proszę, pomyśl o tuszu do drukarki, a nie o plemieniu Inków), którzy tylko czekają, aż zły sen odbierze Ci oddech na zawsze.
„Jedna rzecz rodzi drugą. Człowiek ma słabość. Jest wadliwy. Ta wada prowadzi go do winy. Wina prowadzi do wstydu. Wstydu, który równoważy dumą i próżnością. A kiedy duma zawiedzie, rozpacz przejmuje kontrolę, a to wszystko prowadzi go do destrukcji. To stanie się jego przeznaczeniem” – to może nienajlepsze tłumaczenie najlepszego cytatu z bardzo dobrego filmu. „Ink” – choć w teorii film z pogranicza dramatu, akcji i sci-fi – dla mnie to psychologiczny mindfuck o ludzkim losie. A kiedy w tle pojawia się taka ścieżka dźwiękowa, nie mam więcej pytań. Postać Jacoba to Paulo Coelho świata snów, a kiedy do jego słów dołącza melodia, idealny montaż i wypowiadane przez niego „something’s gonna stop the flow”, uginają mi się kolana. Ode mnie w kontekście całego filmu, na podium Jacobs Chains.



Redaktor Ego: Wybacz, ale czytając Twoje słowa, wydawało mi się, że właśnie zaczęłaś przytaczać mantrę Sithów. „Strach wiedzie do gniewu, gniew do nienawiści i tak dalej i tak dalej”. Mam nadzieję, że oznacza to, że moc jest we mnie silna, a nie fakt, że mam koncentracje godną dziecka. Przy kolejnej propozycji pozostanę zarówno trochę przy Djawadim, jak i przy poważnej atmosferze, którą wprowadziłaś. „Gra o Tron”, jak mało który serial, potrafi wywrócić fanom wnętrzności na drugą stronę (lubianym bohaterom zaś wnętrzności te wyrzuca na zewnątrz). Sporą zasługę w tworzeniu niesamowitego wrażenia, ma również soundtrack. Może jako oddany fan nie jestem do końca obiektywny, ale utwory takie jak My Watch Has Ended czy Light of the Seven to prawdziwe wyciskacze tych łez, które jeszcze nam pozostały. Księżniczki Disneya zaś pozazdrościć mogłyby słowiczego głosu Bronnowi, który w niewoli cudownie wykonał Dornishman's Wife. Jest jednak utwór, który w serialu z nóg zwala jak żaden inny. Po pierwsze ma on swoją mroczną genezę, po drugie pojawił się w najbardziej tragicznym momencie (jakby można było w ogóle w serialu taki wybrać). Już sama propozycja Djawadima była wystarczająco mocna, jednak The National postanowiło wycisnąć z niej jeszcze więcej. Matt Berninger ze swoim głębokim i przenikliwym głosem sprawia, że utwór po prostu przytłacza i dobija. Amerykański zespół świetnie oddał charakter smutnej i tragicznej historii kryjącej się za pieśnią. The National i Rains of Castamere.



Kinga: Niezależnie od tego, jak mocno byś próbował, żadna, nawet najlepiej poprowadzona ścieżka dźwiękowa ani nawet najlepiej brzmiący baryton nie przekona mnie do „Gry i Tron”. Kiedyś chyba już o tym wspominałam, że pod tym względem jesteśmy raczej dalekimi znajomymi. Może to przez zbyt duży hype, może przerost formy nad treścią, w każdym razie raczej nie zaprzyjaźnię się z tym typem seriali. Nie w najbliższej przyszłości. I nie mam pojęcia, czy to był baryton. Wrócę jeszcze na chwilę do motywu wolności, który w moim kolejnym typie ma wymiar symboliczny. Czytając, a potem oglądając pierwszą część serii „Niezgodna”, doskonale rozumiałam decyzje podejmowane przez Tris. Jej potrzebę wolności, życia według własnego scenariusza. Scena, w której bohaterka przelatuje nad miastem na linie, jest bardzo wyraźnym symbolem. Unosisz się nad ziemią, możesz latać, możesz wszystko. Możesz być Nieustraszony. Piosenka, która towarzyszy temu wydarzeniu, mam wrażenie, pracuje dokładnie jak film – zaczyna się powoli, dość statycznie, miałko, przywołuje klimat indie. Wraz z mijającymi sekundami, kiedy Tris rozkoszuje się wolnością, wisząc kilkanaście pięter nad ziemią, klimat ten się zmienia, powoli ewoluując w lekko elektroniczny post-rock, wyzwalając pełną energię. A kiedy muzyka zmienia się wraz z napięciem, to najlepszy prezent od producentów filmu i u mnie zawsze podnosi ogólną ocenę o kilka drobnych plusików. W tym miejscu wyróżniam M83 z utworem I Need You.



Redaktor Ego: Dla Ciebie wolność to przejazd na linie nad miastem, a dla mnie to Impala rocznik '67, Led Zeppelin na starej kasecie oraz bagażnik wypełniony narzędziami do skuteczniej dekapitacji wszelkiej maści kreatur (nieprzyjemne zapachy Dzikiego Zachodu już mi się znudziły). „Supernatural” jest jednym z tych seriali, które powinny się już dawno skończyć. Jednak nieważne, co czeka nas w kolejnym sezonie i jak niewłaściwe to będzie, ja jestem w stanie wybaczyć wszystko. Wystarczy, że w pierwszym odcinku na ekranie pojawia się plansza z napisem „The Road so Far”, a chwilę później w naszych uszach rozbrzmiewa Carry On Wayward Son w wykonaniu Kansas. Wtedy wszystkie smutki, żale i rozczarowania odchodzą w zapomnienie, a ja niczym mały chłopiec podciągam kolana pod brodę, okrywam się kocem (bo to niezaprzeczalnie najlepszy środek chroniący przed niebezpieczeństwem czającym się w ciemności) i jestem po prostu oczarowany. Lata 70 muszą mieć po prostu w sobie równie dużo magii co popularne ostatnio lata 80.



Kinga: Dawne czasy to w ogóle ostatnio całkiem chwytliwy temat. Twoje serce kradną szalone lata 70 i 80, moje niedawno skradły czasy jeszcze odleglejsze. Choć nieco unowocześnione. Niedoszły zdobywca zeszłorocznego Oscara to zgrabne połączenie czasów współczesnych i jazzowego klimatu lat 50. Jestem fanką musicali, a obok tego stylu po prostu nie mogę przejść obojętnie. Również jako miłośnik wszelkiego rodzaju klawiszowców, keyboardów, pianin i fortepianów, „La La Land” to kwintesencja wszystkiego i doskonały relaks po męczącej „Śmietance towarzyskiej”. I choć najbardziej znany motyw, City of Stars skradł moje serce, to jednak na większe wyróżnienie zasługuje główna ścieżka z filmu, nazwana roboczo Mia & Sebastian Theme albo Late For Date. Kiedy na uszach mam słuchawki, z których płynie właśnie ta sekwencja dźwięków i akordów, rozpływam się jak masełko położone na świeżo ugotowanych pierożkach. A gdy do tego wjeżdżają wszystkie skrzypce i inne smyczki…



Reaktor Ego: Mój dzisiejszy numer jeden też ma pewien związek z pewnymi nagrodami. Co prawda reżyser nie mógł nawet przez chwilę potrzymać statuetki, jednak nominowany był, tak samo jak film, za który odpowiadał. Niestety w tym przypadku chodzi o Złote Maliny. Zack Snyder i jego „Batman vs Superman”, nie należą do najbardziej lubianych. Mnie jednak dostarczył tyle świetnych wrażeń, że na kolejny film Snydera biegłem cały w skowronkach. Niestety zaraz po seansie miałem ochotę zaśpiewać „Everybody Knows Joss Whedon made a mess”. Brutalne cięcia, jakimi potraktowano „Ligę Sprawiedliwości”, a którymi Cavill nie mógł potraktować swoich wąsów, sprawiły, że film jest niesamowicie wybrakowany. Czytając listę wyciętych scen, serce się po prostu kraje. Snyder widać przewidział, co WB zamierza zrobić z filmem i już od pierwszych minut wprowadza bardzo melancholijny klimat. Robi to za sprawą młodej Norweżki Sigrid oraz jej wersji Everybody Knows. Oryginalna wersja Cohena z jego niesamowitym głosem jest niemalże niemożliwa do podrobienia. Jednak (i teraz możecie mnie nawet zlinczować) osobiście bardziej przepadam za nową aranżacją. Odnoszę wrażenie, że dzięki kobiecemu wokalowi oraz skromnemu akompaniamentowi trafia w zupełnie inne struny niż wersja z 1988 roku. You can't save the world alone, but you can always try.



Kinga: Ten melancholijny klimat trochę nie pasuje mi do filmów o superbohaterach, jakkolwiek by na to nie spojrzeć. Sama Sigrid natomiast to dla mnie pod względem wokalnym całkiem dobre połączenie Eda Sheerana i Florence Welch.
Ja na koniec chciałabym nie wyróżniać żadnego konkretnego utworu, ale duet odpowiedzialny za ścieżkę dźwiękową do pewnego horroru, który – z tego, co kojarzę – Tobie niekoniecznie się podobał. Według mnie, panowie Daniel Bensi i Saunder Jurriaans, za pomocą oprawy muzycznej zmienił produkcję, której fabuła opiera się na dziewczynie leżącej na blacie, w pełną napięcia historię. „Autopsję Jane Doe” oglądałam z ogromnym niepokojem, nie wiedząc, co za chwilę się wydarzy i nie dlatego, że sytuacja przedstawiona była jakoś szalenie nietypowa, ale dlatego, że tło filmu dosłownie wgniatało mnie w fotel. Do tego motyw radia i powtarzające się kilkakrotnie Open Up Your Heart and Let the Sun Shine. Jeśli chodzi o moje odczucia, to muzyka zrobiła ten film. Nie zbyt niepokojąca historia o kobiecej wersji niezniszczalnego Luke’a Cage’a.



Redaktor Ego: Muszę przyznać, że zagranie „Open your heart...” w momencie, gdy na stole leży wybebeszona denatka, jest wręcz przesiąknięte ironią. Nie ulega wątpliwości, że dobór muzyki jest kluczowy dla filmu. Niektóre utwory takie jak motywy z „Gwiezdnych Wojen” stają się bez problemu rozpoznawalnym symbolem. Czasami muzyka jest tak dobrze dobrana do tego, co dzieje się na ekranie, że nie zdajemy sobie sprawy z jej obecności. Jednak gdyby jej zabrakło, od razu pojawiłby się zgrzyt. Innym razem najlepszy efekt daje cisza, ta jednak też musi coś przerywać. Muzyczna lista filmowych przebojów z pewnością tutaj się nie kończy, a na wymienienie wszystkich potrzebowalibyśmy zdecydowanie więcej miejsca i czasu, dlatego wydaje mi się, że z tym tematem jeszcze kiedyś wrócimy. A jak wyglądałaby wasza filmowa playlista?