Wojtek: Gdy na portalach społecznościowych widzę strony i złote myśli z kategorii „łobuz kocha najmocniej” początkowo chce mi się śmiać. W mojej głowie rodzi się momentalnie obraz nastoletniej patologii, w którym siarczysty strzał z liścia jest dowodem miłości i uwielbienia. Potem już niespecjalnie chce mi się śmiać, bo przecież owocem takiej filozofii są powtarzane jak mantra słowa „wszyscy faceci są tacy sami”. Niby każdy wiek ma swoje prawa, ale po głębszym zastanowieniu przecież nie wzięło się to z niczego (mam na myśli uwielbienie dla łobuzów, a nie monotematyczną ofertę mężczyzn). Przecież miłość (albo delikatne zauroczenie) do czarnych charakterów przeżył każdy z nas. Często złoczyńcy i przeciwnicy głównego bohatera mogą pochwalić się większą charyzmą, pomysłowością, motywacjami czy nawet tekstami, niż sam protagonista. I nie jest to w żaden sposób uczucie niewłaściwe. Coraz częściej słyszy się bowiem o filmach (szczególnie z komiksowych uniwersów), w których głównym bohaterem będzie „ten zły”. Rozmawiając niedawno o czarnych charakterach, oboje pomyśleliśmy w pierwszej chwili o zbliżającym się „Venomie”, podejrzewam jednak, że cała reszta naszych skojarzeń mocno się różni, a poza tym zastanawiam się, kogo w filmowym świecie dziewczyna może uważać za największego dupka.

Kinga: Po Twoim wstępie widzę, że różnią nas nie tylko wybrane przykłady, ale także sama definicja „czarnego charakteru”. Ty widzisz pod tym terminem komiksowego antybohatera lub dupka, który kradnie kobiece serce. Oczywiście nie zakładam, że jesteś zamknięty tylko na ten typ postaci, jednak w moim zestawieniu dominują raczej bohaterowie pozbawieni moralnego kręgosłupa albo tacy, którzy wierzyli, że ich postępowanie będzie dobre dla społeczeństwa.
Kiedy pojawił się pomysł napisania tego tekstu, pierwszą moją myślą był Frank Underwood. Ten zepsuty do szpiku kości polityk od samego początku motywował wszystkie swoje zachowania zemstą. Z czasem zmieniła się ona w zwykłe pragnienie władzy. Underwood bez mrugnięcia okiem dąży po trupach do najwyższego stanowiska. Na co dzień nie popieramy tego w „normalnym” życiu, jednak zauważyłam, że z każdym kolejnym sezonem „House of Cards”, coraz bardziej kibicowałam Frankowi. Paradoksalnie stał się charakterem, którego zachowanie jednocześnie krytykuję i popieram.



Wojtek: Jeżeli myślisz, że oglądając „Pamiętniki Wampirów”, zmiękłem i czarne charaktery kojarzą mi się z bad boy'ami w skórzanych kurtkach, to muszę Cię zasmucić i z całą pewnością zrobię wszystko, żeby Cię przerazić, bądź co najmniej zaniepokoić. Z całą pewnością zacznie się to fantastycznie i nieco kolorowo.

Absolutnym numerem jeden na mojej liście jest postać która, mimo że sama została niepokalanie poczęta, bez problemu mogłaby kandydować do tytułu najgorszego rodzica w historii. Do tego uwielbia ona przebieranki i cierpi na astmę. W międzyczasie jest zaś największym badassem w całej odległej galaktyce. Gdy tylko słyszę o „Gwiezdnych Wojnach” przed oczami mam Lorda Vadera. Zresztą, nikt chyba nie powinien się dziwić, bo ze swoim hełmem, peleryną i charakterystycznym głosem, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych czarnych charakterów w historii kina. Chcąc doprowadzić do zniszczenia Zakonu Jedi, nie zawahał się nawet przed zabijaniem młodych padawanów, a będąc uczniem samego Imperatora, podczas swoich licznych misji (ukazanych w wielu komiksach) niejednokrotnie zaprezentował swoją bezwzględność i umiejętności w walce. Noszony przez niego strój świetnie oddaję kolorystyką jego mroczną duszę, jeżeli jednak przyjrzymy mu się bliżej, można zdać sobie sprawę, że był dość tragiczną postacią. Jednak gdy wyciąga swój miecz świetlny, a w tle zaczyna grać „Marsz Imperialny”, nic innego nie ma znaczenia, bo ja dostaję gęsiej skórki. Co Ty na to, dasz radę zmierzyć się z Ciemną Stroną Mocy?



Kinga: Z Ciemną Stroną i „Marszem…” stykam się od dłuższego czasu na co dzień, kiedy mojemu chłopakowi dzwoni telefon, a on z uśmiechem na twarzy oznajmia mi, że „Imperium wzywa”. Dlatego też Vader, choć bezkonkurencyjnie jeden z najbardziej lubianych czarnych charakterów, nieco mi się przejadł. Pozostając w obrębie filmów, na których się wychowaliśmy, w bliskim sąsiedztwie Lorda Vadera umieściłabym pewną czarownicę, która, choć jest postacią drugoplanową, swoją osobowością wręcz porywa tłumy. Wszyscy kojarzą serię o Harrym Potterze jako nieustanną walkę dobra ze złem, walkę Harry’ego i jego przyjaciół z armią Lorda Voldemorta. Wśród świty Mrocznego Pana znajduje się między innymi Bellatrix Lestrange. Jest postacią charyzmatyczną, otoczoną nutą szaleństwa i o ile Voldemort wybrał tę „ciemną” drogę życia, bo taka od zawsze była jego natura, Bella zdaje się rozrabiać, bo sprawia jej to ogromną przyjemność. Ta postać budzi moją sympatię i gdyby ktoś wpadł na pomysł zrobienia osobnych filmów o poszczególnych bohaterach serii, z chęcią obejrzałabym jej historię.

Wojtek: Jestem w głębokim szoku. Jak można darzyć sympatią czarownicę, która zabiła Zgredka? Na pierwszy rzut oka przecież widać, że to psychopatką. Chociaż czekaj... w sumie jest wielu szaleńców, których się uwielbia za ich... szaleństwo. Tutaj znów odezwie się mój wewnętrzny dzieciak i ponownie przeniosę nas do komiksowego świata. Chociaż filmy spod znaku DC nie mogą pochwalić się zbyt dobrymi recenzjami (co chwilę nawet od najbliższych słyszę „DC Sucks”), to jednak mroczny klimat tego uniwersum całkowicie do mnie przemawia. Najmroczniejszym z nich był chyba „Mroczny Rycerz” z 2008 roku, z udziałem największego przeciwnika Batmana. Joker jest jedną z najbardziej ekscentrycznych postaci DC. W wersji Ledgera jest zaś prawdziwym arcydziełem. Jest szalonym, niebezpiecznym i na swój sposób błyskotliwym socjopatą, który w zanadrzu ma zawsze świetne teksty, jak i cały alfabet planów awaryjnych, dzięki którym osiąga to, co kocha najbardziej. Zniszczenie i chaos. Myślę, że będę musiał się jednak poważnie zastanowić nad moim numerem jeden.



Kinga: Spodziewałam się, że oboje postanowimy docenić, postać Jokera, zastanawiałam się tylko, kto z nas będzie pierwszy. Skoro ten jeden raz się zgadzamy i wykorzystałeś już moje główne argumenty, dodam tylko, że w tym konkretnym przypadku, sukces Jokera zawdzięcza się przede wszystkim Ledgerowi. Pierwsze wersje filmów o Batmanie, sprzed kilkudziesięciu lat, też mają swojego Jokera, ale umówmy się – to nie jest to samo. Nie to szaleństwo, nie ta charyzma, nie ten sposób działania. Pomimo że zamysł postaci jest oczywiście ten sam, jednak dla mnie stary dobry Ledger rozłożył starego dobrego Nicholsona na łopatki.

Wracając jeszcze do Bellatrix – owszem, nie można jej wybaczyć zabójstwa Zgredka, ale trzeba pamiętać też o tym, że to nie on był jej celem. Taka była moja pierwsza myśl, kiedy czytałam Twoje oskarżenia wobec niej. I to jest chyba doskonały dowód na to, że kiedy polubisz już jakiegoś bohatera, bronisz go w każdej sytuacji. Jednym słowem, zaczynasz z nim współpracować, wspierać go. I nie wmówisz mi, że nigdy tego nie doświadczyłeś.



Wojtek: Jeżeli podjąłbym współpracę z kolejnymi wybranymi przeze mnie postaciami, skończyłoby się to w więzieniu albo w zakładzie psychiatrycznym (ewentualnie tak jak oni byłbym nieuchwytny). Lata 80 były złotym okresem dla kina grozy. W tych czasach powstały najlepsze horrory, a pojawiający się w nich oprawcy i zwyrodnialcy stali się symbolami popkultury. W młodości oglądanie psychopatycznych morderców w akcji prowadziło do spania przy zapalonym świetle i z głową schowaną pod kołdrą (w wieku 17 lat o wiele trudniej wymyślić jakąś dobrą wymówkę, dlaczego to robię). Jednak im jestem starszy, coraz bardziej irytują mnie główni bohaterowie horrorów i częściej utożsamiam się właśnie z tym złym. Spośród najbardziej rozpoznawalnych twarzy (a raczej masek) moim ulubionym jest Jason Voorhees, czyli przyjemniaczek w hokejowej masce znany z „Piątku, trzynastego". Chociaż w pierwszym filmie pod tym tytułem Jason pojawia się jedynie na chwilę, wyskakując z wody i atakując bezbronną dziewczynę, to scena robiła niesamowite wrażenie i była tak przekonująca, że twórcy w kolejnych częściach postawili właśnie na niego. Poza tym jest jednym z tych psychopatów, który w uśmiercaniu nastolatków kieruje się niezwykłą pomysłowością, korzystając ze wszystkiego, co znajdzie pod ręką. Trzeba bowiem wykazać się ogromną siłą i niezwykłą fantazją, żeby (mając pod ręką kilkudziesięciocentymetrową maczetę), złamać kogoś na pół za pomocą łóżka. Nic dziwnego, że całkiem niedawno otrzymał własną grę komputerową, a wcześniej był jedną z grywalnych postaci w niezwykle brutalnym Mortal Kombat. Prawdziwy wirtuoz.



Kinga: Faktycznie, twórcom starych horrorów nie można odmówić inwencji i pomysłowości. Wtedy też, mam wrażenie, więcej było psychopatów. Dzisiaj horrory stawiają niestety na głośne straszaki.
Choć ten gatunek wręcz ocieka czarnymi charakterami, trudno mi znaleźć takiego, który zapadnie mi głęboko w pamięć, pomimo że postaci takie jak Jason Voorhees czy Michael Myers są niezaprzeczalnie szlagierowe. Moją sympatię zdobywają głównie bohaterowie pokroju wspomnianego już Underwooda, którzy dążą do wyznaczonych sobie celów i nie zwracają uwagi na to, czy wyrządzą przy tym komuś krzywdę, czy też nie. Wiele lat temu zauroczył mnie samozwańczy Guy Fawkes z filmu „V jak Vendetta”. Jest człowiekiem, który walczy o wolność swojego kraju bez względu na to, czy po drodze ktoś umrze. Tak mocno wierzy w słuszność swoich przekonań, do tego był tak bardzo zafascynowany postacią Hawkesa, że nie miałam innego wyjścia, jak tylko wierzyć w tę słuszność razem z nim. Zresztą dokładnie tak, jak jego „towarzyszka”, która wydaje się z czasem doświadczać syndromu sztokholmskiego.

Wojtek: Syndromu sztokholmskiego nie miały okazji doświadczyć osoby, które do swojego warsztatu zaprosił Jigsaw. Chociaż seria „Saw” jest zdecydowanie młodsza od wcześniej wspomnianych klasyków, to postać nieprzyjemnej laleczki jeżdżącej na trzykołowym rowerku, która koniecznie chce z nami zagrać, również stała się jedną z bardziej rozpoznawalnych. „Piła” jaka jest, każdy widzi. Jest na swój sposób przerażająca, stara się sporo mieszać w narracji, ale, ostatecznie, jest to przede wszystkim brutalne widowisko, które momentami jest równie komiczne co obrzydliwe. Seria, a w szczególności starsze części, mają nieprzyjemny odpychający klimat, a w każdym kolejnym pokoju Parku Rozrywki im. Johna Kramera możemy zobaczyć coraz to bardziej zwyrodniałe fantazje. Co jednak wyróżnia go na tle innych „potworów”? Jigsaw kierował się na swój sposób sprawiedliwością. Trafiali bowiem do niego ludzie, którzy mieli swoje grzechy na sumieniu, a on dawał im okazje do ich odpokutowania. To nie jego wina, że nie słuchali i nie chcieli współpracować.

Kinga: Widzę, że traktujesz Jigsawa podobnie, jak ja postrzegam Kirę z „Death Note” – jako obrońcę sprawiedliwości, który w ostatecznym rozrachunku wcale nie postępuje aż tak źle. Co prawda, są oni całkowicie pozbawieni kręgosłupa moralnego, ale działania w dobrej wierze nie można im odmówić. I może to i dobry trop. Nie da się ukryć, że trochę też próbujesz usprawiedliwić jego zachowanie, dlatego teraz ja postaram się obronić mojego ostatniego bohatera. Kevin Wendell, postać z genialnego „Splitu”, chłopak o wielu twarzach i wielu osobowościach, który niewiele może poradzić na to, kim jest i czego się dopuszcza. Porywając trzy dziewczyny, wszystkie jego osobowości chcą dogodzić dominującemu „ja”, którym jest Bestia. Można więc śmiało stwierdzić, że biedny Profesor Xavier, oszołomiony mnogością umysłów w swojej głowie, chce pomóc temu, którego traktuje za najważniejszego z nich wszystkich. Czy można go za to winić? Do tego większości jego wcieleń nie można odmówić bardzo mrocznej natury, przez które płynnie przechodzi. Nawet w postaci młodego chłopca, Hedwiga, daje się poznać jako dzieciak spod raczej ciemnej gwiazdy. No i oczywiście trudno tu nie wspomnieć o genialnej roli McAvoya – gdybym ja miała zagrać dwadzieścia kilka postaci naraz, pewnie sama bym oszalała.



Wojtek: Byłem przekonany, że dla kobiet całkiem naturalne jest posiadanie wielu osobowości i błyskawiczne przechodzenie między nimi, doprowadzając w ten sposób partnerów do granic obłędu. Na koniec sprowadzę swoją listę nieco na ziemię. Nie tylko fantastyka, horrory i sci-fi zrodziły najbardziej wyraziste czarne charaktery. Kino sensacyjne też może pochwalić się kilkoma wyrachowanymi typami. Niektórzy nie poczują magii świąt, jeżeli nie obejrzą po raz setny „Kevina samego w domu”. Dla mnie jednak święta zaczynają się dopiero wtedy, gdy zobaczę twarzy Hansa Grubera wylatującego w zwolnionym tempie z Nakatomi Plaza. Chociaż na pierwszy rzut oka nie różni się za bardzo od swoich filmowych kolegów po fachu (bo przecież ma swoich uzbrojonych po zęby zbirów fanatycznie w niego zapatrzonych, no i oczywiście „ma ten genialny plan”), ma jednak do tego wyczucie stylu. Ze swoim świetnym głosem i elegancją Allan Rickman wprost idealnie nadaje się do grania czarnych charakterów (lub tych tylko pozornie złych), bo przecież jako profesor Severus Snape również niesamowicie czarował swoim urokiem.



Kinga: Śmiało możemy więc stwierdzić, że każdy gatunek filmowy ma swoje czarne charaktery, które są mniej lub bardziej konwencjonalne, a przy tym czarujące. Mogą nas irytować, możemy je traktować jako kłody rzucane pod nogi innym bohaterom, ale mogą też wzbudzić nasze zaufanie i sympatię, nierzadko też podziw. Mam wrażenie, że twórcy filmów z góry zakładają, czy ich postać będzie należeć do tych lubianych antybohaterów, czy nie. No bo, rzecz jasna, Lord Vader chyba nigdy nie planował być tym, którego się nie lubi. Od zawsze na wszelkich konwentach czy zlotach fanowskich pojawia się przynajmniej kilku Vaderów. Wydaje mi się też, że do najnowszej części „Thora”, Loki miał pozostać tym, którego się w ogóle nie akceptuje, dopiero później twórcy zapragnęli go trochę „wybielić”.

Lubiani czy nielubiani, czarne charaktery są nieodzowną częścią większości, jeśli nie wszystkich, filmów. Bez nich dobro nie miałoby wartości, a sama produkcja często pozbawiona byłaby dobrego humoru. Bez nich film byłby mniej atrakcyjny dla widza i oczywiście na świecie zabrakłoby podziałów na Team X i Team Y. A to już byłby dla kinematografii strzał w kolano.