Jak to śpiewała grupa Perfect, wszystko ma swój czas. Sprzęty też. Jakiś czas temu miłość mojego życia, dwie ostoje mojego zdrowia psychicznego, ukochane słuchawki dokonały żywota. Ich choroba była długa i ciężka, zespół naderwanego kabla zaatakował najpierw lewą, potem prawą. I takim sposobem zostałam sama ze światem zewnętrznym. A że był grudzień, wszystko, co miałam, zainwestowałam w prezenty dla rodziny i znajomych, więc nowa para musiała niestety poczekać.

Tak więc przez miesiąc wsłuchiwałam się w audiosferę miasta i życia publicznego. Co z tego wyniknęło? Przede wszystkim niesamowita ilość bieżących przemyśleń.

Nie mając w uszach słuchawek, nagle dochodzi do człowieka koncert silników samochodowych, dźwięki całego ekosystemu, szum liści, zwierzęce dialogi, wiatr snujący się gdzieś między jednym uchem, a drugim, szuranie butów i kakofonia wszystkich ludzkich spraw.

Ludzie w autobusach i na przystankach dzielą się z innymi całą swoją prywatą – ktoś sprzedaje swojemu pracodawcy przez telefon monolog o odpowiedzialności, jakaś starsza pani zaczepia drugą starszą panią, chwaląc się uzyskaną przed chwilą diagnozą lekarską, na dworcu ktoś częstuje dziewczynę reprymendą o zakazie palenia w miejscach publicznych. Dzieciaki na widok każdego jednego przedmiotu pytają „co to”, a ich rodzice z jakiegoś powodu nie wybuchają. Mając słuchawki na uszach, widzę jak ludzie idący z psami na spacer tylko poruszają ustami. Wpuszczając zewnątrze do mojego umysłu, mam okazję usłyszeć, jak pieszczotliwie z nimi rozmawiają.

Przez ten straszny miesiąc wsłuchiwałam się też (umyślnie lub nie) w świat dzieciaków i nastolatków. I zastanawiam się, jak bardzo zagięła się czasoprzestrzeń przez te kilka lat mojej dorosłości, jeśli dzisiaj młodzi rozmawiają o rzeczach, o istnieniu których w ich wieku nie miałam nawet pojęcia.

A może miałam, ale nie zwracałam uwagi na to, że nie powinnam mieć.

Słuchawki odstraszają. Kiedy je zdjęłam, więcej ludzi zaczęło ze mną wchodzić w interakcję. Starsze panie chętniej pytały, czy ta linia jedzie przez Zana i jak mi się podoba nowa kostka brukowa na przystanku. I o ile na co dzień raczej izoluję się od społeczeństwa, o tyle miła rozmowa zawsze przyklejała mi banana na twarz przynajmniej na godzinę.

Miesiąc bez słuchawek okazał się ciekawym doświadczeniem. I nie chodzi o podsłuchiwanie obcych ludzi, tylko o wsłuchiwanie się w całą audiosferę miasta. W tę całą kakofonię wielkomiejskości. Chodzi o dźwięk zielonego światła dla pieszych, o uruchomione silniki i wciskane klaksony. O przejeżdżające banery reklamowe, krzyczące o zniżce na materace. O szum rozmów, nie konkretne słowa. O dźwięk deszczu odbijającego się od dachu przystanku. O dźwięk korelacji między światem a społeczeństwem.

Kiedy zdejmiesz słuchawki, okazuje się, że świat dookoła Ciebie żyje.