Trudno mi uwierzyć, że ten rok się kończy. Megaszybko mi zleciał, przez to, że miałam sporo decyzji do podjęcia, nowe studia, nowe miasto, nowe mieszkanie. Nawet trudno mi było znaleźć 10 rzeczy, które mogę uznać za TOP, bo wszystko tak szybko się działo i tak rozmywa się w czasie. Wiele z rzeczy, o których dziś chcę napisać, myślałam, że wydarzyły się dawno temu, na pewno nie w tym roku. To zdanie nie ma sensu, ale wiesz, o co chodzi.
So wie so, zapraszam na mój subiektywny ranking tegorocznych dobroci.

1. House of Cards - serial życia. Choć jestem prawdopodobnie najbardziej apolityczną osobą, jaką kiedykolwiek poznasz, ten serial oglądałam z otwartą japą do samego końca. I choć wiele wątków mi uciekało (jacy Chińczycy? jakie pół sezonu? było coś takiego?), to śledziłam losy bohaterów, spekulując co do zakończenia. Swoją drogą, zakończenie V sezonu - sztos! VI sezon niestety już mnie tak nie kusi, bo przez to całe bzdurne sraniewbaniemolestowanie propozycja fabularna twórców brzmi co najmniej śmiesznie i to już nie będzie ten sam serial. Ale cała reszta - miodzio!

2. "Własne M" - co prawda oczywiście nie własne, bo wynajmowane, ale - wspominałam już o tym wiele razy - pierwsze nasze. Takie, w którym jesteśmy sami, mamy pełną dowolność wyposażenia i możemy sobie żyć jak chcemy i małymi kroczkami odchodzimy od życia słoików na rzecz samodzielności. Chociaż mega bałam się zmiany, mieszkania bez współlokatorów, do których można zawsze otworzyć paszczę z każdą bzdetą, poradzić się, zakończyć spór, etc. I choć na początku było bardzo ciężko, finansowo i psychicznie, teraz jestem szczęśliwa i lubię spędzać czas w nowym miejscu. Coraz rzadziej jestem w domu rodzinnym, odzwyczajam się od życia na walizkach i czuję, że tak właśnie mi się podoba. Że trochę już puściłam tę maminą spódnicę.

3. Bianca i Julian - ich to już tutaj nie trzeba przedstawiać. Dzięki nim wróciła moja miłość do niemieckiego, motywacja do nauki i ogromne pragnienie zamieszkania 1500 km od domu. No i w tym depresyjnym czasie, byli moją zbawienną dawką śmieszków. 

4. Frele - nie wiem, czy wspominałam, że kultura śląska jest mi dość bliska. Choć sama nie pochodzę stamtąd, część mojej rodziny pochodzi z okolic Chorzowa, do tego wyemigrowali do Niemiec, więc siłą rzeczy od dziecka miałam kontakt ze śląską gwarą. Odkrycie Freli (3 dziołszki, które coverują światowe i polskie hity i przerabiają tekst na śląski) dało mi stały kontakt z językiem, pozwala uczyć się nowych rzeczy i mieć trochę rozrywki. Polecam! Od kiedy ich popularność wzrosła, filmy wrzucają z polskimi napisami, także dla każdego coś. 

5. "Magia olewania" - książka autorstwa Sarah Knight, która generalnie uczy, jak przestać się przejmować wszystkim, co Cie otacza. Jak zacząć olewać pewne kwestie. Jak pozbyć się zamartwiania tym, na co się nie ma wpływu. Podchodziłam do niej sceptycznie - Meh, kolejny poradnik jakiegoś kołcza. A tu niespodzianka, bo książka napisana jest w przystępny sposób i wcale nie śmierdzi kołczem. Przyjemna pozycja na liście książek i myśle, że warto ją przeczytać w okolicach nowego roku. Wiesz, nowy rok, nowa ja.

6. Mrau Cafe - czyli kocia kawiarnia, którą odkryłam mieszkając w Lublinie. O niej też już pisałam, jest to najlepsze miejsce dla kocich mam na świecie. Więc jeśli nie fuczysz się na kocie włosy wszędzie, zapraszam. To coś dla Ciebie. A jeśli uważasz, że to fe i koty noszą bakterię i w ogóle fuj - bardzo mi przykro, umrzesz z przesterylizowania i braku przeciwciał w organizmie.

7. Majówka 2017 - pierwsza moja majówka, której nie spędziłam w domu rodzinnym. Ze współlokatorami i moją przyjaciółką pojechaliśmy do Gdańska i choć było niewypowiedzianie zimno, wyjazd uważam za w pełni udany. Pozdrawiam też właściciela mieszkania, w którym się zatrzymaliśmy - bardzo przyjemnie się na Pana patrzyło, nadal uważamy, że jest Pan synem swojej żony, a nie mężem.

8. Praca licencjacka - zupełnie zapomniałam, że obroniłam się w tym roku. Ten stresujący czas wyparłam z pamięci i wyrzuciłam daleko daleko, przez co wydaje mi się, że to było wieku temu. A to przecież było końcem czerwca. Moja obrona poszła nieźle, dyplom całkiem mi się podoba i z chęcią napisałabym na ten sam temat magistra. 

9. Zdrowa kuchnia / kuchnia roślinna - Mieszkając na własny rachunek, człowiek nagle dostaje pełne prawo żywienia się tak jak chce i kiedy chce. Kiedy się żyje pod okiem rodziców, często wynikają z tego konflikty ideologiczne, zwłaszcza z małych, zacofanych miejscowościach. Wyjazd do Lublina dał mi pełną dowolność w kuchni. Od dłuższego czasu myślałam o ograniczeniu mięsa. Nie wyeliminowałam go całkowicie z diety, więc nie nazywam się wegetarianinem, ale zdecydowanie je ograniczyłam. Teraz czuję się dużo lepiej, lżej, zdrowiej. Oczywiście pewne elementy muszę suplementować dodatkowo (jak witaminy z grupy B), ale coraz mniej narzekam na swoje zdrowie. Do tego włączyłam w swoje życie wysiłek fizyczny, więc jestem teraz w niezłej formie i wiem, że nie prześpię zimy. A kiedy już wracam do domu, wiem, że na te 2-3 dni mogę ustąpić i chrupnąć kurczaka od mojej mięsotojedyneźródłoszczęścia mamy i wszyscy zadowoleni. 
Z tej okazji znoszę do domu mnóstwo książek o zdrowej, lekkiej kuchni, także roślinnej. Szukam w nich inspiracji i wmyślam swoje wersje potraw, żeby napchać do nich jak najwięcej dobroci. Moimi pionierami są po pierwsze książka Kingi Paruzel, Dieta ze smakiem, a po drugie Zdrowe strączki, którą złapałam w Biedronce i teraz nie mogę jej znaleźć w sieci, żeby podać autora.

10. Ego - planszówka, którą kupiliśmy jeszcze w Rzeszowie i graliśmy już chyba ze wszystkimi znajomymi. Gra jest świetna, można poznać drugą osobę albo pokłócić się "Ale kłamiesz! Wcale byś tak nie zrobił!". Warto szukać jej w sieci, żeby było taniej, ale bardzo polecam. Ego jest dla każdego. Joł.


Myślę, że dobrych rzeczy zdarzyło się zdecydowanie więcej, ale to taka kwintesencja całego roku. Masz swoje hity minionego już prawie roku?


P.S. Na SMH wjechała porcja kosmetycznych hitów roku, zapraszam zainteresowanych.