- Nie mam co robić na Sylwestra w tym roku :(
- To zostań w domu, obejrzysz film, pójdziesz obejrzeć fajerwerki.
- Nie no, co Ty. Głupio tak w domu siedzieć w Sylwka. Tak z rodzicami? Nieee.
- Ja tam co roku spędzam Sylwestra z rodziną.
- Nie wiem, jak tak można.

***

- Chłopak mojej koleżanki w tym roku pojechał z tatą do jakiegoś Egiptu czy coś na kilka dni i spędzą sobie razem Sylwestra, wiesz, taki męski wypad.
- A ona?
- A ona zostaje w Polsce, idzie chyba do jakiejś koleżanki czy coś takiego.
- Ale przykro.
- Czemu przykro?
- No bo jak tak można?
- Przecież nie są przywiązani do siebie, mogą robić co chcą.
- Ale... przecież to Sylwester... Jak tak można?

***

Ano widocznie można. To są dwie moje autentyczne rozmowy, które natchnęły mnie do napisania tego minifelietonu. Utarło się, że Wigilię spędza się z rodziną, a Sylwestra ze znajomymi. Gdzieś daleko od domu, gdzie można robić rzeczy, o których - jak nam się zdaje - rodzicom się nie śniło. Gdzie się żre, pije, tańczy na stole, fajerwerek się z reguły nie pamięta, a rano jest nowy, nudny dzień. 
No bo przecież nie wychodzi się ze znajomymi na Sylwestra po to, żeby się z nimi spotkać. I nie oszukujmy nikogo. Ale nie o to mi chodzi. W tym całym końcorocznym entuzjazmie mam wrażenie, że Sylwester stał się obowiązkiem społecznym. No bo jak można nie bawić się w Sylwestra czy jak tak można, że chłopak jest gdzie indziej. Można w sytuacji, kiedy 31. grudnia jest dniem jak każdy inny.
Osobiście nie widzę szczególnej różnicy między 31. grudnia a 12. maja. Wstaję, ogarniam podstawowe rzeczy w domu, sprzątam, zajmuję się uczelnią, robię obiad... Jedyna różnica jest taka, że wieczorem zamiast piżamy ubieram coś ciepłego i ładnego, wychodzę z najbliższymi na rynek i walę Igristoje prosto z butelki przez jakieś 15 minut, próbując nie umrzeć od fajerwerkowej kakofonii, a potem wracam do domu i idę spać. Dzięki temu pierwszy stycznia jest dla mnie tak samo intensywny i interesujący, jak każdy poprzedni i kolejny dzień. Budzę się bez zbędnego kaca, jestem gotowa do działania i z ogromną werwą wkraczam w nowy rok. 
I chociaż mój K. zawsze wyraża chęć spędzania tego dnia ze mną, nie miałabym nic przeciwko, gdybym chciał go spędzić po swojemu. Z kolegami. Z jego rodziną. Jakkolwiek. Bo przecież nie jesteśmy do siebie przywiązani. Dopóki nie łączy nas żaden cywilny cyrograf, jesteśmy całkowicie wolni. Każde z nas ma swoje życie. Potem się zobaczy, podejrzewam, że niewiele się zmieni po zaobrączkowaniu. Bo Sylwester to dla mnie zwykła niedziela. Zwykły wtorek. Zwykły czwartek. I zdecydowanie wolę życzyć wszystkiego dobrego w nowym roku mojej mamie, babci, najbliższej rodzinie i najbliższym przyjaciołom, z którymi rozmawiam przez telefon albo spotykam na kilka chwil między jedną fajerwerką na rynku a drugą. 
Dzięki temu nie tylko oszczędzam sobie kaca, ale przede wszystkim oszczędzam sobie milionów wydanych na to, czy tamto. A wyjechać do Zakopanego czy innej Fuerty mogę sobie później. W styczniu, w marcu, w listopadzie. Nie muszę szukać pretekstu w postaci Sylwestra. To po prostu koniec roku. I zdecydowanie wolę sobie powspominać miniony rok w kapciach, z paczką chipsów i z TVNem. A wszystkim tym, którzy gustują w hucznych imprezach, życzę aby udała się najlepiej na świecie. Bo to nie jest tak, że hejtuję tych, którzy imprezują. Ten tekst to apel o tolerancję dla drugiego człowieka. Każdy ma swoje zdanie, swoje poglądy, nie ma sensu wpychać ich drugiej osobie do gardła. Bo imprezowanie nie jest głupie. Głupie też nie jest siedzenie z rodziną. Nie jest powodem do wstydu. Zdecydowanie nie i współczuję takiego poglądu, ktokolwiek go wyznaje. Spędzajmy ten dzień tak, jak tylko sobie chcemy i jak jest dla nas najwygodniej. Imprezujmy, leńmy się w domu, bawmy się w domku w górach, róbmy cokolwiek tylko chcemy i przywitajmy nowy rok z radością. Wszystkiego Dobrego w 2018, niech przyniesie same dobroci i oby nie był gorszy od poprzedniego! Bon Voyage!