O tym, że wynajęliśmy nasze pierwsze "samodzielne" mieszkanie pisałam już kilkakrotnie przy okazji bitwy o kołdrę czy innych takich. Dzisiaj jest 21 grudnia, można powiedzieć, że jesteśmy już prawie całkowicie umeblowani (na tyle, na ile się dało) i dzisiaj chciałabym rozpocząć trzyczęściową serię dotyczącą całego procesu "zamieszkiwania".

A na Self Made Heaven pojawiła się moja propozycja świątecznego udekorowania mieszkania, zainteresowanych odsyłam TU.

Mieszkanie, w którym teraz siedzę, znalazłam w zasadzie przypadkiem. Podczas przeszukiwania kolejnych stron olx-ów itd., zrezygnowana powiedziałam sobie "odświeżę jeszcze raz i wrócę tu jutro". I nagle na samej górze pojawiło się mieszkanie z nieziemskim standardem w porównaniu z całym PRL-em, który oglądałam pół dnia i w całkiem niezłej cenie. PRL-owskie grajdołki w centrum kosztowały więcej, więc długo się nie zastanawiałam. Zadzwoniłam, umówiłam się (z nieocenioną pomocą Mamy, bez której dalej byłabym amebą) i w ciągu kilku dni miałam zarezerwowane dwupokojowe mieszkanie na obrzeżach Lublina. Od tego czasu opiździałam i znosiłam do domu wszystko, co jest związane z wyposażeniem mieszkania - od ściereczek przez noże do pizzy, aż po drewniane komody do samodzielnego malowania. I oczywiście dwie pary butów.

Kiedy przyjechaliśmy razem z K. do naszego nowego lokum ze wszystkimi gratami, wtedy dopiero zobaczyłam, jak bardzo to mieszkanie jest nieustawne i jak bardzo będzie przeszkadzać mi ciemna podłoga. No ale cóż, przecież się nie wyprowadzę po pół godzinie mieszkania. Do nieustawności wrócę jeszcze przy okazji sypialni. Z salonem nie było tak źle.
Jest nas dwoje i każdy potrzebuje miejsca do pracy. O megadługim biurku nie było mowy, bo nijak nie dałoby się go zmieścić, więc wymyśliliśmy sobie biurko a'la narożne, z wysuwaną przeciwstawną częścią. Przyjechaliśmy, pomierzyłam (ja pomierzyłam, to ważne), K. wziął swojego Tatę do Ikei i przyturlali dwie paki białego biurka. 
Co mnie zaniepokoiło, to to, że większa paczka wydała mi się nieco większa, niż sobie wyobrażałam.

Zmierzyłam dziurę między komodą a meblami jeszcze raz, obróciłam się i okrutnie zszokowana zauważyłam, że "się tu nie zmieści", na co Tata mojego K. wydał z siebie triumfalny "aniemówiłem" parsk.
No niech Cie szlag. Cztery stówy wywalone po to, żeby się dowiedzieć, że nie umiem liczyć, ani odczytywać danych z metra. No i zaczęła się burza mózgów, co teraz. A może bokiem, a może po drugiej stronie pokoju, a weź to odsuń, zobaczymy, a jakby to dał w drugą stronę i wtedy to na bok to by weszło chyba, a może zróbmy kupe na środku pokoju...
Sypialnia! W sypialni stoi mniejsza komoda!

Długo biłam się z myślami, bo sypialniana komoda bardzo pasowała do sypialni ze względu na wielość szuflad, salonowa dostosowana była do przechowywania dokumentów. No ale co zrobisz, nie umiem liczyć to nie umiem. No to dawaj, zabieramy te komodę i targamy do sypialni. Poszło gładko. Za to komoda z sypialni okazała się być tak ciężkim klocem (mimo że jest mniejsza), że ledwo żeśmy nie połamali całej podłogi ją wnieśli do pokoju.
Spoceni jak wiejskie świnki zabraliśmy się do składania mebli (oprócz biurka przytargaliśmy do domu jeszcze otwartą szafkę na pierdoły i moją toaletkę). Tutaj ukłony należą się mojemu K., gdyż ja, mówiąc najszczerzej jak się da, uciekłam pod pretekstem kupienia talerzy i niezbędnych foremek do muffinek. Wróciłam sobie na gotowe i zostało nam tylko wyniesienie prastarych oldschoolowych dywanów. Żeby się nie zniszczyły, mój żółty rozumek kazał zawinąć je w folię malarską i owinąć szczelnie taśmą, mam nadzieję, że nie poumierają w piwnicy, bo w sumie to nie nasze. 
Kolejnym momentem rozpaczy było ogarnięcie, że meble, które zastaliśmy, są równie ciemne jak podłoga, co oznacza, że będą zbierać kurz. I rzeczywiście, latam ze szmatą siedemnaście razy dziennie, a widać każdego bruda.
Przynajmniej mam motywację do regularnego sprzątania.
Po rozjaśnieniu przestrzeni białymi meblami, wkręceniu białych żarówek i założeniu nowych poszewek na poduszki, wszystko wygląda na tyle zadowalająco, że cieszy mnie wizja powrotu do mieszkania i lubię zapraszać do niego innych. Odzew znajomych i rodziny też jest pozytywny, także czego chcieć więcej.
I obyśmy mieszkali w nim przynajmniej do końca studiów, bo jak pomyślę, że mielibyśmy składać wszystko z powrotem...