Jestem nerwowa. Wręcz znerwicowana. Walczę z tym od lat. Codziennie choruję na setki nieuleczalnych chorób. Kilka razy dziennie zjadam coś zatrutego, popsutego lub przeleżanego na słońcu. Po każdej wizycie u kosmetyczki i dentysty szukam szczepionek na sepsę, moje pieprzyki codziennie rosną o 130%, wpisuję w Google każde ukłucie gdziekolwiek i szukam karnetów na comiesięczne kompleksowe badanie profilaktyczne. Dla siebie i najbliższych.

Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że szukam przyczyny u złych lekarzy. Że interniści nie leczą głowy.

Ale czasem, raz na jakiś czas, sporadycznie zdarza się, że coś faktycznie mi jest. Nieważne, czy to przeziębienie, zatrucie pokarmowe czy udar słoneczny. Bez względu na to, jakie mam fizyczne objawy, społeczeństwo zawsze przykleja mi łatkę nerwicy. Paranoik on board.

Pewnie przez większość czasu mają rację. Ale czy to, że zazwyczaj tylko wydaje mi się, że coś się dzieje oznacza, że nigdy się nie zdarzy? Może akurat w 1 na 100 przypadków to ja mam rację.
Zdecydowanie wolę jeździć w razie potrzeby na nocną i świąteczną opiekę zdrowotną, niż do mojej lekarz rodzinnej, która nakleja mi na czole etykietę z napisem „nerwowość”, jeszcze zanim zamknę drzwi do jej gabinetu. Nawet nie kryje się z tym, że mnie nie słucha i za każdym razem odsyła ze skierowaniem do Abramowic.

Nie mówię, że wszyscy ludzie nie mają racji. Oczywiście, że mam paranoję i 90% objawów wszystkiego dzieje się tylko w mojej głowie. Ale 10% mogą stanowić faktyczne problemy zdrowotne, groźne lub nie. I nieważne, czy wynikają z wzmożonej produkcji kortyzolu czy nie, każdy człowiek zasługuje na pomoc. Nawet, kiedy przez większość czasu sam siebie lekceważy, bo wie, że tak naprawdę nie umrze. W tym jednym przypadku na 100 może akurat zdarzyć się tak, że umrze. A wtedy lekceważenie okaże się poważnym uchybieniem.

Nie musi to być akurat kwestia zdrowia. Przyklejanie łatek zdarza się w każdej dziedzinie życia. Łatka pustej blondynki, pomimo że prowadzisz swoją firmę, skończyłaś trzy kierunki i płynnie mówisz po wietnamsku. Łatka boidupy, jeśli boisz się kilku „wielkich” rzeczy, jak wysokość, ciemność, pająki czy krew. Może akurat Twoim marzeniem jest zanurkować na milion metrów, ale każdy to wyśmiewa, bo przecież jesteś taką boidupą i nigdy tego nie zrobisz. Nie jesz mięsa, lubisz aktywność fizyczną i lubisz smak karmelowej latte ze Stara? Szalony weganin-hipster już na Twoim czole. Pracujesz w telewizji, radiu albo prasie? Wstrętna dziennikarska hiena, szukająca sensacji w ludzkich tragediach!

I może nawet czasem palniesz, że Himalaje to piękny kraj. Może zaczniesz hiperwentylować na wieży widokowej ze strachu przed upadkiem. I być może nawet ubierzesz czerwone skarpetki od Pierre Cardin do żółtych Vansów, a na głowę założysz kaszkiecik. I każdy zapamięta właśnie to. Nie to, że podpisałaś superkorzystny kontrakt z Japonią. Nie to, że pomogłeś potrąconemu człowiekowi z przeciętą tętnicą udową. I absolutnie nie to, że od kilku lat nie zachorowałeś dzięki dobrej diecie i dobrze dobranym planom treningowym.

Każdy widzi tylko łatkę.